Tajlandia, Malezja i Singapur w dwa tygodnie

W końcu nadszedł ten wspaniały moment, minęło niemal dwa miesiące… ponad dwa miesiące od mojego powrotu z najdłuższego, jak do tej pory, wyjazdu do Azji, a ja w końcu zasiadłem przed klawiaturą i zmotywowałem się do opisania tych jakże ciekawych i smacznych dni spędzonych poza Starym Kontynentem.

,,Co to się stanęło się”?

Na początku, nim jeszcze przejdę do właściwej relacji, chciałbym przybliżyć Wam dlaczego postanowiłem zorganizować nieco dłuższy wyjazd.
Pomysł na kolejny wyjazd do Azji, pojawił się mniej więcej w lutym 2018 roku, na celowniku miałem kilka krajów, aczkolwiek najbardziej zależało mi na Tajlandii lub Malezji. W połowie marca zacząłem szukać biletów z założeniem, że pojadę tam, gdzie upoluję najlepszą ofertę. Założenie było takie, że wyjazd będzie trwał co najmniej dwa tygodnie, tak aby wynagrodzić sobie obronę pracy licencjackiej.
Po dwóch tygodniach znalazłem ciekawą ofertę, z tym, że oferta ta zakładała przylot do Bangkoku i wylot z Singapuru. W obie strony bilety kosztowały 2tys PLN. Kilka minut później na moim mailu pojawiło się potwierdzenie rezerwacji.
Teraz już tylko znaleźć ekipę, sprawdzić kwestie wizowe (dla Polaków wizy turystyczne wbijane są podczas wjazdu do kraju), a później poszperać co właściwie chcę tam zobaczyć…. Ale hola, hola! Nie tak szybko! Otóż wylot i przylot był z i do Budapesztu, dodatkowo trzeba było się przemieścić między Tajlandią, a Singapurem. Generalnie nie ma z tym problemu, ale ponieważ mieliśmy dużo czasu między przylotem, a wylotem z Azji, postanowiłem zakupić kolejny bilet lotniczy, między Bangkokiem, a Kuala Lumpur, a następnie bilet autokarowy, między Kuala Lumpur, a Singapurem.
Tym sposobem wyklarował się pomysł na zobaczenie trzech krajów podczas jednego wyjazdu. Tajlandio, Malezjo i Singapurze, nadchodzimy!

Dzień 1 – Osiem miesięcy później.

Był to początek listopada, gdy wieczorem wyszedłem spakowany i pojechałem do Krakowa, by zacząć wyjazd od… Slajdowiska, organizowanego przez TKN Wagabunda, zresztą serdecznie polecam każdemu ich Slajdowiska, co wtorek na UEK (poza przerwą związaną z sesją). Po slajdowisku… nie, nie poszedłem na Dworzec, pojechałem do Starego Portu na śpiewogranie i tam spotkałem się z towarzyszem podróży, Mateusza, tak tego Mateusza, z którym rok wcześniej byłem w Pekinie.
Po krótkim posiedzeniu w Starym Porcie, udaliśmy się na dworzec, z którego, parę minut przed 23:00 mieliśmy odjazd do Budapesztu. Nikt, nawet kierowca nie wie, jak to zrobił, że w stolicy Węgier pojawiliśmy się… półtora godziny przed planowanym czasem przyjazdu.

Po przyjeździe pierwszą atrakcją, podobnie jak rok temu, był przejazd zabytkową linią metra M1, która jest najstarszą, funkcjonującą linią metra w Europie i drugą najstarszą na świecie.
Na jakże przeze mnie ,,uwielbianym” lotnisku pojawiliśmy się dwie godziny później. Tym razem, w przeciwieństwie do moich dwóch poprzednich wylotów z tego lotniska, walizki mogliśmy nadać od razu po wejściu na lotnisko. Dodatkowo okazało się, że w hali przylotów jest sklep spożywczy, który ma ceny podobne do tych w centrum miasta. Nie kojarzę go z poprzednich wyjazdów.
Po nadaniu bagażu oraz zakupach, usiedliśmy sobie kulturalnie w upatrzonym przeze mnie miejscu (w tym samym miejscu siedzieliśmy i rok temu i dwa lata temu). Nieco później udaliśmy się do strefy wolnocłowej, by kulturalnie napić się złocistego napoju Bogów, tak na dobry początek wyjazdu. Tym razem nie musieliśmy długo czekać, wkrótce został ogłoszony komunikat o rozpoczęciu boardingu, samolotu linii Lufthansa, lecącego do Frankfurtu. Tak dobrze rozumiecie, żeby dostać się możliwie najtaniej do Bangkoku, najpierw pojechałem autokarem z Krakowa do Budapesztu, następnie cofnąłem się z Budapesztu do Frankfurtu i dopiero później poleciałem do Tajlandii. Tak jestem walniętym człowiekiem 😀

Dzień 2 – Frankfurt, czyli miasto do którego nie wrócę.

Lot z Budapesztu do Frankfurtu zajął nam jakieś półtorej godziny, z kołowaniem koło dwóch godzin. Od chwili wylądowania do chwili startu z tego gigantycznego lotniska, mieliśmy prawie osiem godzin, więc korzystając z pięknej jesieni udaliśmy się pociągiem do miasta. Kwadrans po wejściu do pociągu byliśmy na Dworcu Głównym we Frankfurcie, po czym ruszyliśmy w kierunku Parku Gallusanlage. Wystarczyły dwie minuty, bym zaczął czuć się niepewnie w tym mieście, masa śmieci, dużo ludzi ciemnej karnacji, którzy swoim ,,rentgenem” przeszukiwali kieszenie. Ostatnio tak się czułem kilka lat temu w Neapolu. No ale cóż, skoro już tutaj dojechaliśmy, to postanowiliśmy znaleźć tutejsze specjały, czyli CurryWurst i piwo. Obie rzeczy znaleźliśmy przy , otoczonym betonowymi murkami oraz chronionym przez Policję z karabinami, placu Hauptwache. Jak się okazuje, w tutejszych knajpkach idzie się dogadać po angielsku, ale obsługa czuje się raczej urażona, że nie znasz niemieckiego. Sam CurryWurst też nie był jakiś wybitny, frytki do niego jako takie, piwko też nie powalało. Po lekkim obiedzie ruszyliśmy dalej, tym razem w kierunku głównego rynku we Frankfurcie. No i tutaj już było zdecydowanie ładniej, taka typowa, urocza niemiecka zabudowa. Kilka zdjęć i ruszyliśmy dalej, tym razem na coś rodzaju bulwarów nad rzeką Men. Tutaj też było całkiem przyjemnie, ale w związku z tym, że zaczynało się ściemniać, a my nie mieliśmy już najmniejszej ochoty pozostawać chociaż chwilę dłużej w tym mieście, udaliśmy się do najbliższej stacji S-Bahn i wróciliśmy na lotnisko.

Samo lotnisko we Frankfurcie zaskoczyło mnie sprawnością przejścia przez strefę bezpieczeństwa i sprawdzeniem dokumentów. Wystarczyło przyłożyć paszport do skanera, następnie skanowano twarz (chyba o to w tym chodziło) i po trzydziestu sekundach było po wszystkim, zero kolejek. Strefa wolnocłowa… cóż jak każda strefa wolnocłowa w Europie, piekielnie droga, ALE, bardzo duży plus za kraniki z wodą pitną. Wystarczyło kupić butelkę wody za jedno Euro, jak się ją wypiło to można było sobie dolać z free.
Dodatkowo fajnie, że jest strefa Gamingowa, szkoda, że większość gier się nie uruchamia.
Około dwie i pół godziny później zaczął się boarding, na lot A380 linii Lufthansa do Bangkoku. Ależ wtedy eksplodowały motylki radości w brzuchu 😀

Dzień 3 – Witamy w mieście o najdłuższej na świecie nazwie

Lot do Bangkoku trwał dziesięć godzin i przebiegł bardzo spokojnie. Teraz pozostało tylko przejść kontrolę paszportową, odebrać bagaże, wymienić walutę i Bangkok Sawasdi ❤ Wszystkie formalności zajęły nam chwilę, ale związane to było wyłącznie z dużymi kolejkami. Godzinę po wyjściu z samolotu czekaliśmy już na szybką kolejkę, która, w pół godziny zawiozła nas do centrum miasta, którego oficjalna nazwa jest najdłuższą nazwą na świecie, a brzmi ona tak:

,, Miasto aniołów, wielkie miasto [i] rezydencja świętego klejnotu Indry [Szmaragdowego Buddy], niezdobyte miasto Boga, wielka stolica świata, ozdobiona dziewięcioma bezcennymi kamieniami szlachetnymi, pełne ogromnych pałaców królewskich, równającym niebiańskiemu domowi odrodzonego Boga; miasto, podarowane przez Indrę i zbudowane przez Wiszwakarmana”

Po wyjściu z pociągu, przywitał nas specyficzny, mi bardzo dobrze kojarzący się (przez innych znienawidzony) zapach, kiedyś myślałem, że to zapach Chin, teraz twierdzę, że to zapach Azji, zwłaszcza tej biedniejszej części. Nasz hotel (no to trochę za dużo powiedziane) dzieliły od stacji kolejki, mniej więcej dwa kilometry. Ze względu na fakt, że podstawę tutejszej komunikacji miejskiej stanowią autobusy, które w godzinach szczytu stoją gównie w korkach, postanowiliśmy ten dystans przebyć z przysłowiowego ,,buta”. Walizka po tym przejściu ma traumę do dzisiaj, została poważnie ranna fizycznie i psychicznie. W każdym razie hotel udało się dość sprawnie znaleźć, jeszcze sprawniej zameldować (poważnie, to jest miasto przez duże M, nie mieliśmy żadnego problemu z porozumieniem się), po czym postanowiliśmy nieco się schłodzić w klimatyzacji, a następnie ruszyć w poszukiwaniu jakieś ciekawej knajpy.
Chwilę nam zajęło to szukanie, ale jak już znaleźliśmy to już taką konkretną. To znaczy nie że jakąś wykwitną, z kelnerami w garniturze, z fortepianem w środku itd. Dokładnie wręcz przeciwnie, znaleźliśmy knajpkę, gdzie stołują się lokalsi i jest ich tam dużo.
Na dzień dobry postanowiłem spróbować typowego tajskiego dania, jakim jest Pad Thai, jest to makaron ryżowy z jajkiem, kiełkami fasoli mung, pastą tamaryndową, sosem rybnym i mięsem do wyboru, w oryginale z krewetkami i taką właśnie wersję wybrałem. Do tego napój, który nie wiem z czego był, ale był smaczny. Zestaw taki kosztował mnie około sto batów (czyli około 10PLN) i był totalnym szaleństwem dla kubków smakowych. Totalnie idealne połączenie smaków.
Podczas powrotu, wskoczyliśmy do 7eleven, czyli najpopularniejszej sieci sklepów spożywczych w tym kraju. To jest coś na rodzaj naszej Żabki. Moim założeniem było spróbować wszystkiego co jest nietypowe, czego u nas się nie spotka…. Niestety to się nie udało, bo po prostu było tego za dużo.
Po powrocie do hotelu i szybkim prysznicu, z hukiem padłem na łóżko i obudziłem się dopiero rano.

Dzień 4 – świątynie, świątynie i jeszcze raz świątynie, a na koniec ChinaTown.

Pierwszy dzień zwiedzania stolicy Tajlandii, powitał nas lekkimi opadami deszczu, wbrew pozorom, pogoda idealna na zwiedzanie centrum betonowego miasta. Zjedliśmy śniadanie, spakowaliśmy kurtki przeciwdeszczowe, pokrowiec przeciwdeszczowy na mojego kochanego Pentaxa i ruszyliśmy na miasto.
Nasz pierwszy cel był oddalony około 2 kilometry od hotelu. Tym celem była Złota Góra. Jest to sztuczne wzgórze, które dość znacznie wznosi się ponad zabudowania centrum Bangkoku. Naszym głównym wizyty w tym miejscu było zobaczenie Bangkoku z góry, ale warto tutaj dodać, że w tym miejscu znajduje się również świątynia, czyli Wat. Sama nazwa pochodzi od chedi (dach) Wat-u, który ma wysokość 58m i jest złoty. Pod kopułą przechowywane są religie Buddy. Po krótkiej wspinaczce schodami (318 stopni) i wejściu do świątyni pierwsze co się rzuca w nozdrza to zapach kadzidła, które w świątyniach buddyjskich zapalane jest na potęgę, ma to na celu wyrażenie szacunku.

W świątyni nie pobyłem zbyt długo, bo dużo bardziej zainteresowany byłem widokiem z góry na miasto. Szybko ten widok sprowadził mnie do pionu. Bangkok to betonowa dżungla, gdzie zieleni jest minimalna ilość, nic tak nie potwierdza tego stwierdzenia jak widok z tego wzgórza, co więcej widać duże różnice w architekturze i w zamożności ludzi. Z jednej strony widać slumsy, rozpadające się bloki i generalnie ubóstwo, ale kawałek dalej, na horyzoncie widać drapacze chmur, w których są biura, hotele i apartamenty. Trochę przygnębiający obraz.

Po obfotografowaniu Bangkoku z każdej możliwej strony zeszliśmy ze wzgórza i po krótkim poszukiwaniu byliśmy przy głównej ulicy, którą zamierzaliśmy udać się do Pałacu Królewskiego, a jeśli po drodze będzie coś ciekawego to po prostu wejść i to coś zobaczyć. Na spontanie albo wcale, takie było moje motto tego dnia (oczywiście w oryginale inaczej to brzmi).
Pierwsze miejsce, które nas zainteresowało, było tuż przy Złotej Górze i była to kolejna świątynia Wat Ratchanadda. Zwróciliśmy na nią szczególną uwagę, ponieważ architektura była dosyć nietypowa, a mianowicie świątynia przyozdobiona jest metalowymi iglicami, które umieszczone są na różnych poziomach tego Watu. Okazuje się, że jest to jedyna świątynia w Tajlandii, która ma metalowe elementy. Niestety nie udało mi się jej obfotografować ponieważ zaraz po wejściu zauważyliśmy, że coś się dzieje, sporo ludzi siedzących na krzesełkach pod daszkiem, wokół świątyni. Nie udało nam się dojść do tego o co chodziło, ale postanowiliśmy zbyt długo nie przeszkadzać i wyszliśmy z kompleksu.
Idąc dalej wzdłuż ulicy mogliśmy też zauważyć jak wielki szacunek mają Tajowie do swojego cesarza. Na każdym kroku można spotkać jego portrety, niemal wszystkie ozdobione są złotem. Przy okazji warto wspomnieć o pewnej zasadzie, mówiącej o tym, że nie wolno zgniatać i uszkadzać banknotów, pod pozorem poważnych konsekwencji. Jest to związane z tym, że na banknotach jest właśnie wizerunek cesarza.

Kilkanaście minut później zbliżaliśmy się już do pałacu, jednakże jako nieliczni z wielu turystów, postanowiliśmy wejść do kolejnego kompleksu świątyń, który spotkaliśmy po drodze. Miejsce było przepiękne, nie było tam ludzi, totalna cisza, postanowiliśmy sobie trochę pochodzić, wejść do całkiem ładnych świątyń i wtedy okazało się, że to nie jest zwykła świątynia. Jest to uniwersytet buddyjski. Pełni satysfakcji, że spędziliśmy w nim trochę czasu, wróciliśmy na ruchliwą ulicę. Po chwili byliśmy przed decyzją co dalej. Jednakże widząc tłumy ludu i cenę za wejście do pałacu, postanowiliśmy sobie odpuścić tą wątpliwą przyjemność, tym bardziej, że kawałek za nim czekała na nas główna atrakcja tego dnia.

I tak mijając wiewiórki jedzące resztki jedzenia, doszliśmy do Wat Pho, czyli Świątyni Odpoczywającego / Leżącego Buddy. Jest to największa i najstarsza świątynia w Bangkoku. Po wejściu do kompleksu, postanowiliśmy w pierwszej kolejności przejść się po dziedzińcu, na którym spotkać można tysiąc rzeźb Buddy, rzeźby buddyjskich pustelników oraz całą masę malutkich chedi. No nie takich malutkich, ale w stosunku do Złotej Góry są one malutkie. No i koty, cała masa kotów. W kompleksie tym można kupić również drogie pamiątki oraz skorzystać z masażu stóp (również drogie jak na tajskie warunki) lub wykupić sobie 30h lekcji podczas których można nauczyć się tradycyjnego tajskiego masażu.

Spacer po kompleksie skończyliśmy w najważniejszym miejscu, czyli w świątyni, w której znajduje się gigantyczny leżący Budda. Przed wejściem do świątyni należy zdjąć buty (ze względu na bardzo dużo turystów, dostaje się na nie reklamówkę, a nie zostawia przed wejściem), po czym wchodzi się do Watu i dostaje się totalnego opadu szczęki. Co prawda zdjęcia tego nie oddają, ale musicie sobie to wyobrazić, że ta pozłacana figura ma 15m wysokości i 46m długości. Coś niesamowitego.

Po wyjściu ze świątyni zrobiliśmy się dosyć mocno głodni, nie byliśmy tym zachwyceni, ponieważ będąc w dzielnicy turystycznej, dość ciężko znaleźć tanią knajpkę. No ale cóż, znaleźliśmy lokal, który wyglądał dość interesująco i o dziwo ceny nie były mocno wygórowane. Mieliśmy szczęście, bo zaraz po naszym wejściu rozpętała się gigantyczna ulewa.
Po zjedzeniu obiadu ulewa się skończyła, aczkolwiek nadal trochę padał deszcz, ale przy temperaturze jaka wtedy była, to było zbawienie, nawet nie ubierałem kurtki, tylko pod daszkiem ubrałem osłonę przeciwdeszczową na aparat. Naszym kolejnym celem było Chinatown, oj naszukaliśmy się trochę tej dzielnicy, a zwłaszcza miejsca, gdzie rzekomo były stoiska z jedzeniem, piciem, pamiątkami. Tego ostatniego nie znaleźliśmy, ale te dwie pierwsze rzeczy już tak. Przy czym nie zależało mi tak bardzo na jedzeniu, co zobaczeniu czy faktycznie jest tam tak tanio i faktycznie jest. No, a że po drodze nawinęła nam się babkuszka sprzedająca wodę z kokosa, to grzechem byłoby nie kupić. Gwarantuję Wam, nic tak nie orzeźwia jak woda ze świeżo otwartego kokosa, polecam! A później jeszcze nawinęła nam się jedna babuszka sprzedająca mango… nigdy w życiu tak pysznego mango nie jadłem.

Przejedzeni, przemoczeni i nieco zmęczeni wróciliśmy do hotelu, po to by bladym świtem pójść na dworzec i pojechać w podróż koleją śmierci… co nam nie wyszło.

Dzień 5 – JetLag

Wieczorem dnia poprzedniego dopadło nas coś czego wybitnie nie lubię, gdy podróżuje do Azji, a jest to Jetlag. Udało mi się zasnąć dopiero koło czwartej nad ranem, w związku z czym przejazd Koleją Śmierci przełożyliśmy na następny dzień. A drugiego dnia po obudzeniu się, które nastąpiło gdzieś tak koło 11:00, postanowiliśmy pozwiedzać coś, co mieliśmy zwiedzać trzy dni później… o ile można to było nazwać zwiedzaniem.
W pierwszej kolejności poszliśmy na dworzec, by zarezerwować bilety na następny dzień na przejazd koleją śmierci, tak by mieć pewność, że nie odbijemy się od drzwi wagonu… Niestety na miejscu usłyszeliśmy ,,full”. W mojej głowie pojawiły się gigantyczne ilości przekleństw, ale postanowiłem, że i tak pojadę tym pociągiem, ale o tym później.
Przy okazji idąc na dworzec, w oczy rzuciły mi się miniaturki świątyń, których można spotkać bardzo wiele na ulicy. Okazuje się bowiem, że w buddyzmie w kapliczkach tych ,,przesiadują” duchy przodków. Istnieje przesąd, że ich brak, sprowadzi nieszczęście na rodzinę. Co ciekawe tajowie bardzo poważnie podchodzą do tematu, na tyle poważnie, że czasami przy kapliczkach można spotkać posiłki (małe porcje ryżu lub kurczaka, owoce, słodycze) i napoje, a najczęściej czerwona Fanta (koniecznie czerwona, ponieważ kolor ten jest źródłem życia, czemu Fanta, nie wiem) wraz ze słomą, by ,,łatwiej się piło”.

Po odnalezieniu metra, postanowiliśmy pojechać do pewnego parku, który był polecany na TripAdvisor, że ładny, że zwierzaki są itd… Cóż ani ładny, ani zwierzaków. Być może jeżeli chodzi o wygląd parku to trochę mnie rozpieściły parki w Pekinie, Wiedniu, Krakowie, Pradze itd., no ale serio nic tam nie było. Chociaż posiedzieć w cieniu zawsze spoko.

Wróciliśmy do metra, by przejechać do galerii handlowej. Raczej rzadko to robię, ale chciałem porównać tamtejsze ceny do cen polskich (niewielkie różnice), ale nie tylko, otóż w Terminal 21 (tak nazywa się galeria handlowa), na każdym z siedmiu poziomów jest inny motyw przewodni, związany ze światem. I tak mamy tutaj motywy Karaibów, Tokio, San Francisco, Londynu i jeszcze kilku innych miejsc. Ponadto na ostatnim piętrze jest food court, w którym za rozsądną cenę można zjeść przyzwoity obiad.

Po wyjściu z galerii handlowej poszliśmy do kolejnego parku, a mianowicie do Benchakiti Park. Jest to zdecydowanie ładniejszy park, dużo bardziej urokliwy, taki mini central park. Z tym że… jest woda, a woda w Bangkoku generalnie śmierdzi. No ale sytuację trochę ratują kwiatki. Ponadto bardzo podoba mi się pomysł, że osobno jest ścieżka rowerowa, osobno pas dla spacerujących i osobno dla biegających… brakuje tylko dla tych, których wzrok tkwi w telefonie. Ale co ciekawe ludzie przestrzegają tych ,,przepisów”.

Przejście przez park zajęło nam trochę czasu, więc gdy znaleźliśmy stację metra, szybko kupiliśmy bilet i pojechaliśmy do ostatniej tego dnia atrakcji. A była to atrakcja polecana przez wiele osób i odwiedzana również przez miejscowych, czyli Night Market. Co można na nim kupić? Wszystko, dosłownie wszystko, a w dodatku można popróbować różnych smacznych rzeczy. My próbowaliśmy takie malutkie ciasteczka z kawałkami owoców morza, malutkie naleśniki z owocowym nadzieniem, malutkie szaszłyki i Shake, z tym, że tamtejsze shake powinno być przez nas rozumiane jako nieco rzadszy sorbet. Ja zamówiłem shake arbuzowe, polega to na tym, że arbuz jest rozcinany, wnętrze wrzucane do miksera, wraz z lodem i odrobinką cukru i miksowane. Za kubek służy twarda skóra arbuza. Pyszne i bardzo sycące.

I znów byliśmy objedzeni niemiłosiernie co zachęciło nas do skorzystania z usług Tuk-Tuka. Wolę nie komentować jak bardzo nacięliśmy się finansowo. Powiem tylko tak, zapłaciliśmy trzysta batów za trzydzieści minut jazdy, dwa dni później za trzy godziny jazdy po byłej stolicy Tajlandii daliśmy pięćset batów. Pozdrawiam.

Dzień 6 – Kolej śmierci

Poprzedniego dnia nie udało nam się kupić biletów na przejazd Koleją Śmierci jednak, gdy uprę się przy czymś to i tak to zrobię. I tak przed szóstą rano pojawiliśmy się na Dworcu Głównym w Bangkoku i udaliśmy się do konduktora. Moje założenie było takie, że albo uda nam się złapać miejsce na przejazd pociągiem turystycznym (kursuje w soboty i niedziele, przy każdym ważnym punkcie turystycznym jest przerwa), a jeżeli nie to bierzemy taryfę i jedziemy na drugi dworzec, łapiąc zwykły pociąg jadący do Nam Tok, robiąc całodniową wycieczkę pociągiem bez przerwy.
Na nasze szczęście, uśmiechem w Tajlandii można zdziałać wiele i konduktor zgodził się na przejazd trzecią klasą pociągu. Byłem zachwycony. W wagonie, prócz nas jechał jeszcze Niemiec pochodzenia Amerykańskiego, cała reszta to byli Tajowie. Byłem podwójnie zachwycony.
Pociąg ruszył o 6:15, teraz musiał okrążyć cały Bangkok, by znaleźć się na właściwej linii kolejowej. Dopiero z okien pociągu widać jak bardzo biednie żyją niektórzy ludzie, którzy mieszkają tuż przy torach, w ledwo trzymających się slumsach. Smutny to był widok, tym bardziej, że zaraz dalej miasto wyglądało już zupełnie inaczej, o czym już wspominałem.

Z lekkim opóźnieniem dojechaliśmy do miejscowości  Nakhon Pathom, była to pierwsza miejscowość, w której zaplanowana jest dłuższa przerwa. Pasażerowie pociągu mają czterdzieści by zobaczyć świątynie, Phra Pathom Chedi, która jest najwyższą budowlą buddyjską na świecie. Jest to też dobre miejsce, by kupić sobie coś na śniadanie.

Po godzinie ruszyliśmy dalej, z biegiem trasy zabudowania były coraz rzadsze, ustępując miejsca polom i rozległym krajobrazom. Niestety im dalej od Bangkoku tym większa bieda, widać to już nie tylko po wychudzonych ludziach, ale też zwierzętach.

Kolejny przystanek zaplanowany był w Kanchanaburi przy wiadukcie kolejowym nad rzeką Kwai. W tym miejscu mieliśmy dwadzieścia pięć minut przerwy. Warto tutaj pochylić się nieco nad historią linii kolei Tajsko-Birmańskiej. Linia ta powstała podczas II Wojny Światowej i miała być dla Japończyków obejściem drogi morskiej koło Singapuru i cieśniny Malakka na których działali alianci. Linia miała liczyć 415km, na jej trasie miało być trzysta mostów. Most nad rzeką Kwai był istotnym mostem, który został wysadzony w powietrze przez wojska alianckie. Obecnie jest to rekonstrukcja mostu. Dla Japończyków było jej budowa była kluczowa z perspektywy transportu wojsk i zaopatrzenia z Tajlandii do Birmy. Było to dla nich tak ważne, że zdrowie i życie ludzi było w tym momencie nie istotne, liczyła się budowa. W związku z narzuconym tempem prac, bardzo trudnym i niebezpiecznym terenem, niedożywieniem i chorobami, podczas budowy życie straciło około 120tys ludzi.

Pół godziny po zatrzymaniu, ruszyliśmy dalej w kierunku Nam Tok. Tutaj zaczyna się prawdziwa dżungla, coraz więcej górzystych terenów, przepiękne krajobrazy i w końcu coś, na co wszyscy czekali, czyli Wampo Viaduct. Myślę, że zdjęcia oddadzą więcej niż tysiąc słów.

W końcu dojechaliśmy do miejscowości Nam Tok. Przerwa w podróży trwa trzy godziny. W miejscowości tej już czekały na nas samochody, które za dwadzieścia batów podrzuciły nas do Parku Narodowego, w którym można zobaczyć przepiękny wodospad. Świetne miejsce, o wiele przyjemniejsza temperatura niż w Bangkoku, woda nie śmierdzi, można zobaczyć jak lokalsi spędzają weekend. Warto było tutaj przyjechać, szkoda tylko, że nie wiedziałem, że przy wodospadzie można się kąpać, wziąłbym strój kąpielowy.
Parę kroków od wodospadu była knajpka, w której postanowiliśmy zjeść nudle z mięsem. Smaczne, w miarę tanie, ale ciężko tutaj z angielskim. Po posileniu się, postanowiliśmy wrócić na stację, tym razem idąc wzdłuż nieczynnej już linii kolejowej (ew. używanej okazjonalnie). Tym razem mogliśmy rozkoszować się tajską przyrodą sam na sam. Trochę mnie tylko przeraziła wizja przejścia przez wiadukt, nie wiem czy zdjęcie to odda, ale szerokość belek była mniej więcej równa długości buta. Nie czułem się tutaj zbyt pewnie, ale już po chwili byliśmy na stacji.

Odjazd z Nam Tok został opóźniony o jedną godzinę, z bliżej nieokreślonego powodu, niestety minusem był fakt, że został odwołany postój w Kanchanaburi przy cmentarzu wojskowym, na którym pochowanych jest blisko 7tys żołnierzy, głównie Holendrów, Brytyjczyków i Australijczyków.
Około 20:00 dojechaliśmy do Bangkoku, resztkami sił wróciliśmy do hotelu i poszliśmy spać. Kolejny dzień zapowiadał się równie intensywny.

Dzień 7 – Kiedyś to były świątynie, nie to co teraz

Ostatni dzień zwiedzania Tajlandii znów zaczęliśmy na dworcu w Bangkoku, gdzie za parę groszy kupiliśmy bilet na przejazd lokalnym pociągiem do miejscowości Ayutthaya. Miejscowość ta była stolicą Tajlandii (wtedy jeszcze Syjamu) w latach 1350-1767. Obecnie jest niewielkim, spokojnym miasteczkiem, w którym znajdziemy dużo więcej zieleni niż w Bangkoku. Nie rozumiem jak można twierdzić, że miasto to jest dużo brzydsze od Bangkoku? Głównym powodem podróży do Ayutthaya jest chęć zobaczenia ruin świątyń, obecnie jest ich około siedemdziesięciu, aczkolwiek w latach świetności w mieście było ich podobno trzysta, tak TRZYSTA (!)

Podróż z Bangkoku trwa około dwie godziny. No chyba, że akurat pociąg złapie opóźnienie, co też stało się nim jeszcze została podłączona lokomotywa do naszego składu. Podobno jest to standardowa sytuacja, aczkolwiek przyzwyczajeni do opóźnień na polskiej kolei, niespecjalnie się tym przejęliśmy, czego nie można powiedzieć o innych pasażerach o europejskiej urodzie. Podróż na tym odcinku nie jest jakoś specjalnie ciekawa, co jakiś czas pociąg zatrzymuje się w jakieś mniejszej miejscowości, a z okien pociągu można podziwiać postępy w budowie linii kolei wysokich prędkości. Trzeba przyznać, że w niektórych miejscach ta budowa naprawdę budzi podziw.
Korzystając z dwugodzinnej podróży postanowiliśmy uciąć sobie lekką drzemkę. Coś co mnie zaskoczyło to fakt, że dojeżdżając do Ayutthaya przez skład przechodzi konduktor i informuje, że to jest właśnie ta miejscowość.

Nasz wstępny plan zakładał, że po przyjeździe do Ayutthaya idziemy do pierwszej, lepszej wypożyczalni rowerów i za parę groszy wypożyczamy rower na cały dzień, po to by przejechać nim całe miasto i zobaczyć możliwie najwięcej świątyni. Plan spalił na panewce, ponieważ słońce tego dnia tak niemiłosiernie paliło, że samo przejście dwóch kilometrów, rano, na dworzec było nieprzyjemne. Na nasze szczęście ,,hajs się zgadzał” (pomimo niekorzystnego kursu wymiany na lotnisku) i mogliśmy pozwolić sobie na nieco większy wydatek. W związku z tym pozwoliliśmy sobie wynająć Tuk-Tuka, wraz z kierowcom.
Tutaj trzeba się na chwilkę zatrzymać. Większość kierowców, a konkretniej wszyscy mają ustalone cenniki wynajem. Wszędzie czytaliśmy, że odkąd są wydawane specjalne licencje, nie ma co liczyć na upusty, tja… więc mówicie, że ja nie dam rady. Po krótkiej rozmowie z kierowcą, ten powiedział nam byśmy podali cenę jaką możemy zapłacić za przejazd. I tak bez jęknięcia zeszliśmy z  ośmiuset batów na pięćset  za trzygodzinny wynajem, a jestem pewny, że moglibyśmy zejść jeszcze niżej, albo za tą kwotę mieć cztery godziny jazdy. Po krótce opiszę każdą z zobaczonych świątyń.

  1. Wat Yai Chai Mongkol – zazwyczaj jest to pierwsza świątynia do której wiozą Tuk-Tukarze, jest ona położona na obrzeżach miasta. Świątynia została zbudowana w 1592r i jest całkiem dobrze zachowaną świątynią, jedną z nielicznych, której ruiny można zobaczyć od środka. Niestety tłumy ludzi wewnątrz uniemożliwiły zrobienie przyzwoitego zdjęcia
  2. Wat Phanan Choeng – nie jest to ruina świątyni, ale ze względu na to, co skrywa jej wnętrze, uważam, że obowiązkowo należy tutaj przyjechać. A jej wnętrze skrywa gigantycznego siedzącego Budde. Posąg ma dziewiętnaście metrów wysokości i został zbudowany w 1344 roku. Tak zgadza się wtedy to miasto nie było jeszcze stolicą Syjamu.
  3. Wat Maha That – jest to absolutnie najważniejszy kompleks świątyń w mieście, który został zbudowany w 1374 roku. Kompleks słynie z drzewa, które jest chyba najczęściej fotografowanym drzewem w Tajlandii, otóż w tym drzewie znajduje się… głowa buddy. Nie ma szczegółowych informacji jakim cudem ta głowa się pojawiła w takim, a nie innym miejscu, aczkolwiek są dwie teorie. Pierwsza mówi o tym, że drzewo zapuściło korzenie wokół głowy w latach, gdy miasto to było porzucone i zapomniane. Z kolei druga mówi, że było to celowe działanie, mające na celu ukrycie jej przed złodziejami, którzy w XIX i XXw regularnie plądrowali świątynie.
  4. Wat Ratburana
  5. Wihan Phra Mongkhon Bophit – Kolejna, stosunkowo nowa świątynia (z 1950 roku) z bogatym wnętrzem. Wewnątrz znajduje się siedzący Budda. Posąg jest niższy od tego w punkcie drugim, ma szesnaście metrów i młodszy, bo pochodzi z XVw. Posąg wykonany jest z brązu i pokryty złotem o łącznej wadze 250kg
  6. Wat Phra Sri Sanphet – kompleks położony tuż przy wyżej wspomnianej świątyni. Jest to kolejny bardzo ważny kompleks, zbudowany w 1448 roku, służył niegdyś jako rezydencja królewska. Celebrowano tutaj najważniejsze obrzędy w Syjamie. Moim zdaniem jest to zdecydowanie najładniejszy kompleks w mieście. Znacznie wyróżniają się trzy bliźniacze chedi, które skrywają prochy monarchów.
  7. Wat Chai Wattanaram – ostatnia świątynia na trasie naszej wycieczki. Kompleks został zbudowany w 1630 roku i jest gigantyczny. W ośmiu kapliczkach można zobaczyć ruiny posągów buddy. Kapliczki te połączone są ścieżką, którą zdobi sto dwadzieścia mniejszych posągów buddy.

Wat Yai Chai Mongkol
Wat Phanan Choeng

Wat Maha That
Wat Ratburana
Wihan Phra Mongkhon Bophit
Wat Phra Sri Sanphet

Wat Chai Wattanaram

Nasza wycieczka powoli dobiegała końca, wracając na dworzec, cieszyliśmy się, że wynajęliśmy Tuk-Tuka, ponieważ upał był nieznośny. Piętnaście minut później dojechaliśmy na dworzec i poszliśmy kupić bilet do Bangkoku. Mając trochę czasu, postanowiliśmy się jeszcze nieco przejść po okolicach dworca. Znów w grę wszedł Shake.
Po powrocie na dworzec zderzyliśmy się z tłumem turystów, okazało się bowiem, że pociąg InterCity jest dość mocno opóźniony, ale na nasze szczęście przyjechał przed pociągiem lokalnym i na podwójne szczęście to właśnie do niego większość turystów wsiadło, a na nieco wolniejszy pociąg czekało tylko paru podróżników. Tak różnica w czasie jest niewielka (chyba pół godziny), a finansowo… pociąg lokalny kosztuje piętnaście batów, a ekspres prawie trzysta.
Wsiadając do wagonu klasy trzeciej, nie spodziewałem się tego co zaraz się stanie. Otóż zaczepił mnie pewien Taj, bym siadł koło niego. Po chwili okazało się, że jest nauczycielem angielskiego w szkole. Tak też zaczęła się miła pogawędka, zakończona nauką języka tajskiego, po angielsku. Nawet nie wiem, kiedy minęły te dwie godziny.

Pociąg osobowy dojeżdżający do Bangkoku.

Korzystając z tego, że pociąg miał postój w naszej dzielnicy, postanowiliśmy z niego wysiąść i od razu pójść do tej samej knajpy co w dzień przylotu. Tym razem nieco zaszalałem i postanowiłem kupić zupę krewetkową po tajsku. Kolejny specjał, obowiązkowy do spróbowania. Pikantna zupa z dużymi krewetkami, mleczkiem kokosowym, tamtejszymi grzybami, tamtejszymi warzywami i nudlami. Super smaczek. Po obiedzie poszliśmy zrobić zakupy w 7eleven i kupić produkty, które postanowiliśmy zabrać do Polski. Po powrocie do hotelu nastąpił szybki prysznic, naprawa walizki (z użyciem taśmy klejącej, zaufaj mi, jestem po technikum), pakowanie i… tyle mnie było tego dnia.

Dzień 8 – ,,La kon” Tajlandia i ,, Selamat Pagi” Malezja

Po wyspaniu się wstaliśmy, wymeldowaliśmy się, przebyliśmy trasę do stacji kolejki (tak tą samą, po której moja walizka ma traumę) i udaliśmy się na lotnisko.
Na szczęście nie musieliśmy długo czekać na nadanie walizki, po którym od razu udaliśmy się na wolnocłówkę licząc na przyzwoite ceny… niestety takowe one nie były. Około godzinę przed odlotem pojawiliśmy się koło bramki, po czym, z opóźnieniem wystartowaliśmy do Kuala Lumpur. Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie fakt, że Malaysia Airlines, na tak krótkim locie (trwa on niecałe dwie godziny) zostaliśmy ugoszczeni obiadem na pokładzie samolotu. Ja wybrałem Curry Fish z ryżem. Przepyszne.
Po wylądowaniu udaliśmy się do kontroli paszportowej, podczas której owszem straciliśmy trochę czasu, ale jednocześnie zostaliśmy zaskoczeni jak ona wygląda. Przeprowadzany jest krótki wywiad z non stop uśmiechniętym strażnikiem, który w wielu przypadkach zarówno na początku jak i na końcu zada jakieś pytanie z lekkim sarkazmem. Jako, że ja lubię takie rozmowy to byłem zachwycony.
Kolejnym etapem była wymiana waluty, ale ze względu na fatalnie tragiczny kurs, postanowiliśmy wymienić niezbędne minimum, a resztę na mieście. Teraz jeszcze tylko odbiór bagażu, przejście na stację szybkiej kolei i jazda do centrum.
A w centrum jako komitet powitalny czekał na nas deszcz ☹ Na szczęście hotel mieliśmy parę kroków od stacji metra, a dodatkowo większość drogi jest zadaszona, a to z racji tego, że uliczka na której znajdował się hotel, była główną uliczką dzielnicy Chinatown i to Chinatown na całego. Wieczorem cała ulica zastawiona jest straganami gdzie można kupić wszystko, a przy tym wynegocjować znacznie niższe ceny.Po zameldowaniu w hotelu, udaliśmy się na poszukiwanie jedzenia, takowe znaleźliśmy na końcu ulicy w przepysznej i super taniej knajpie hinduskiej. Nie pamiętam nazw potraw, w każdym razie jadłem tam baraninę z ryżem.

Dzień 10 – Chodźmy podrapać chmury.

W pierwszy dzień pobytu w Kuala Lumpur postanowiliśmy nieco się wyspać, z hotelu wyszliśmy dość późno i postanowiliśmy z buta udać się do słynnej wieży telewizyjnej, Menara Tower. Idąc ulicami Kuala Lumpur zauważyliśmy, że tutaj zapach azjatycki jest nieco mniej intensywny, a przede wszystkim jest o wiele więcej zieleni.
Dochodząc do Menary dopiero wtedy widać jak bardzo jest to wysoki budynek. Ma on 421 metrów wysokości. Istnieją dwie opcje zwiedzania, albo tylko wewnętrzny taras, który znajduje się na wysokości 278 metrów albo nieco droższa opcja, która zawiera tą pierwszą, a dodatkowo wyjście na zewnętrzny taras, który jest na wysokości 300 metrów, a jakby komuś było mało wrażeń, to jest na nim również Skybox, czyli ,,pudło”, które jest oszklone z każdej strony, co pozwala popatrzyć pionowo w dół. My kupiliśmy tą drugą opcję i nie żałuję ani jednego wydanego na to grosza.

Po wizycie na Menara Tower udaliśmy się spacerem w kierunku Petronas Tower. Trochę dziwne uczucie, gdy idzie się miastem, przy temperaturze około 30st, a gdzieś tam w tle leci ,,Last Christmas” i widzi się świąteczne choinki. Tak to miasto też przeżywa szał świąteczny.
Gdy już dochodziliśmy do Petronas Tower weszliśmy schłodzić się do galerii handlowej, która jest ich podstawą…. Aczkolwiek widząc, że jest to luksusowa galeria, postanowiłem odpuścić sobie porównywanie cen.
A co do samej wieży, a dokładnie dwóch bliźniaczych wież. Mają one wysokość 451m i są to najwyższe budynki w Malezji i są to najwyższe bliźniacze wieże na świecie. Ale to nie koniec ciekawostek, wieże były budowane przez dwie firmy, jedna przez Samsung Constructions, a druga przez Hazama Corporations. Jakież musiało być ich zaskoczenie, gdy chcieli połączyć te dwie wieże, poprzez słynne przejście (wysokość 41 i 42 piętra) i gdy okazało się, że wieże nie są idealnie pionowe… Na szczęście mimo tego problemu udało się dokończyć budowę. A dlaczego Petronas Tower? Jeden z budynków w całości wykupiony jest przez tą firmę.

Podczas powrotu do hotelu postanowiliśmy coś zjeść, tym razem wstąpiliśmy do chińskiej knajpki, całkiem taniej, całkiem smacznej.
Po powrocie do hotelu postanowiłem złapać nieco oddechu, a następnie wyjść na spacer po Chinatown, kupić pamiątki i napić się świeżo wyciskanego soku, na dzień dobry wybór padł na sok z DragonFruit. W następnych dniach próbowałem również z arbuza, StarFruit i Mango.

Dzień 11 – Świątynie w Jaskiniach

Na drugi dzień naszego wyjazdu prognozy pogody zapowiadały przelotne opady deszczu, w związku z czym postanowiliśmy pojechać pociągiem do miejscowości Batu Caves, czyli czegoś co koniecznie trzeba zobaczyć będąc w Kuala Lumpur. Podróż trwa około czterdziestu minut i kosztuje chyba trzy ringgity, czyli mniej więcej trzy złote.

Po wyjściu z pociągu uderzyło w nas gorące powietrze i pełne słońce (a więc deszcz miał padać powiadacie?). Chwilę po wyjściu ze stacji dotarliśmy tam, gdzie chcieliśmy. Naszym oczom ukazał się gigantyczna, złota statua Murugana, o wysokości 42 metrów.

Tuż za nim ukazują się strome, bardzo kolorowe schody prowadzące do głównej atrakcji, czyli jaskini katedralnej. Po przejściu 272 schodów w pełnym słońcu trafiliśmy do jaskini. To tam znajduje się główna świątynia w tej miejscowości. Tam też uświadomiliśmy sobie jak ogromna jest wilgotność, otóż na wejściu do jaskini była ulewa, która była spowodowana skraplaniem się wody ze skał na sklepieniu. A w samej jaskini cała paleta kolorów, w niektórych zakamarkach różne, niewielkie posągi, nawet nie myślałem, że hinduizm jest tak piękny.

Chwilę później dostrzegłem swego rodzaju atrakcje, a mianowicie w jaskini tej zamieszkuje cała masa małp (Makaki). Lepiej uważać, bo jeśli ktoś ma w reklamówce jedzenie to już go nie będzie miał (podobno, gdy jest skrajnie niski sezon i brzydka pogoda, małpy potrafią wyczuć jedzenie, które jest w plecaku, otworzyć go i zabrać posiłek… a jak nie są w stanie otworzyć plecaka to próbują zabrać cały plecak).

Z Batu Caves związany jest również festiwal Thaipusam. Festiwal ten odbywa się co roku od 1892 roku. Obchody zaczynają się przy świątyni Sri Mahamariamman (która znajdowała się tuż przy naszym hotelu w Kuala Lumpur), następnie uczestnicy kąpią się w rzece, a odważnym przebijane są ciała za pomocą metalowych haków. Wybaczcie, ale nie chcę wgłębiać się w temat. Jeśli ktoś jest tym zainteresowany to u wujka Google znajdziecie masę zdjęć, aczkolwiek ostrzegam są one drastyczne.

W Jaskini Katedralnej spędziliśmy blisko godzinę czasu, zachwycając się kolorami, a jednocześnie robiąc zdjęcia Makakom. Idąc w stronę dworca zauważyliśmy jeszcze jedno wejście do jaskini, tym razem płatne, ale zaledwie pięć ringgitów, a do tego praktycznie bez śladów turystów. Stwierdziliśmy, że czemu nie, skoro już tutaj jesteśmy, to wejdziemy zobaczyć co jest w środku.
Wejście do świątyni wyglądało w miarę normalnie, natomiast to co zobaczyłem wewnątrz spowodowało opad szczęki tak niski, że jeszcze się nie podniosła i opada za każdym razem, gdy oglądam zdjęcia. W przepięknie oświetlonej jaskini można oglądać różne posągi, które w zasadzie nie wiem co oznaczają, pewnie to coś związane jest z tamtejszym odpowiednikiem Biblii, aczkolwiek nie wiem, jeżeli ktoś coś wie na ten temat, to dajcie proszę znać.

Powrót do Kuala Lumpur nastąpił już popołudniu, w pierwszej kolejności poszliśmy coś zjeść, postanowiliśmy iść na food-court na Chinatown, który był zresztą dosyć mocno polecany na TripAdvisor i faktycznie było smacznie. Po obiedzie wróciliśmy do hotelu, złapałem chwilę oddechu i poszedłem do pralni, wyprać ciuchy… i właśnie w tym momencie prognozy pogody sprawdziły się i zaczęła się gigantyczna ulewa.

Dzień 12 – Na spontanie, albo wcale

Dzień trzeci w Kuala Lumpur cechował się tym, że nie wiedziałem co chcę robić. Gdy w końcu ruszyłem się z łóżka, postanowiłem, że jadę do Muzeum Narodowego Malezji, a później to czas pokaże.
Historia Malezji nie jest tak bardzo obszerna jakby wydawać się mogło, kraj ten liczy zaledwie 50 lat, ale w Muzeum zebrane są zbiory i historia obecnych terenów od Starożytności po dzisiejszy dzień. Można dowiedzieć się sporo historii na temat Islamu w regionie, zobaczyć dawne, tradycyjne ubrania, dowiedzieć się co nieco odnośnie tego jak rozwijał się handel i wiele, wiele innych. Myślę, że nie ma to sensu, bym zbytnio zanudzał historią terenów obecnej Malezji, bo zajęłoby to drugie tyle co ten, już obszerny artykuł. Generalnie uważam, że warto było wydać te pięć ringgitów i spędzić te półtora godziny w muzeum.

Po wyjściu z muzeum postanowiłem oddać się totalnemu spontanowi. Tego dnia zwiedzałem sam, nie miałem mapy, miałem tylko układ linii autobusów GoKL. Zresztą z autobusami tymi też jest ciekawa sprawa, ponieważ zapewniają one darmowe przejazdy między atrakcjami turystycznymi w mieście. Założyłem sobie, że po prostu idę się przejechać i jeśli będzie coś ciekawego to wysiąść na najbliższym przystanku.
Długo nie jechałem, gdy pojawiłem się na Merdeka Square, jest to najważniejszy plac w Kuala Lumpur, wszystkie wydarzenia polityczne dzieją się właśnie na nim. Przy okazji otoczenie placu jest również ciekawe. Przy wejściu znajduje się fontanna, tworząca mini wodospad, a wieczorem również ciekawie podświetlona.

Za nią, nieco w ukryciu jest katedra św. Marii z 1894 roku, do której postanowiłem sobie wejść. Dość skromnie wygląda jak na katedrę, aczkolwiek pewien urok w sobie ma.

Wzdłuż placu rozciąga się Sultan Abdul Samad Building, który został zbudowany w 1897 r. i początkowo był siedzibą administracji Sfederalizowanych Stanów Malajskich. Obecnie w budynku tym znajdują się biura Ministerstwa Komunikacji i Multimediów oraz Ministerstwa Turystyki.

Na placu stoi gigantyczny maszt flagowy o wysokości 95m (to mniej więcej tyle ile ma nasz krakowski Błękitek) i był to niegdyś najwyższy masz flagowy na świecie.
Za Sultan Abdul Samad Building przepływa rzeka, a raczej dwie rzeki łączą się w jedną, jest to rzeka Klang i Gombak. Z kolei za nią jest Meczet Masjid Jamek, z początku XXw. Niestety nie udało mi się do niego wejść.

Po odbiciu się od klamki meczetu (no tak chrześcijanin próbujący wejść w piątek do meczetu, bardzo mądre) postanowiłem się udać na Little India, jest to dzielnica, która jest indyjskim odpowiednikiem Chinatown i faktycznie można było spotkać tam całą masę sklepików z tkaninami, prezentami nawiązującymi do Indii, aczkolwiek nie było to coś co bym mnie zachwycało, więc postanowiłem wrócić na przystanek i wsiąść do autobusu i powoli udać się w kierunku hotelu, a po drodze zjeść obiad i kupić parę rzeczy do Polski, jako że następny wieczór był zaplanowany do bólu.
A swoją drogą myślicie, że najbardziej śmierdzący owoc, czyli Durian jest kupowany głównie jako eksperyment dla turystów? Nic bardziej mylnego, w Malezji naprawdę ten owoc uchodzi za przysmak i miejscowi jedzą go, tak jak my jabłka. Ba nawet są sklepy, które sprzedają smakołyki o smaku Duriana (np. czekoladki z takim nadzieniem). Nie muszę pisać, że to nie jest przyjemny zapach?

Dzień 13 – Dżungla w lesie i wieczorne życie

Kolejny dzień w Kuala Lumpur również był po części związany ze spontanem, który z kolei był związany z indywidualnym zwiedzaniem.
W pierwszej kolejności udałem się do KL Forest Eco Park. Nie wiem kto na to wpadł, by w środku wielkiego miasta, usianego wysokimi biurowcami robić dżunglę, ale ten ktoś zasługuje na specjalną nagrodę. Dodatkową atrakcją były podwieszane mosty i wieże na które się szło po tych mostkach. To było coś przepięknego, gdyby nie fakt, że słychać było odgłosy miasta, to naprawdę miałbym wrażenie, że jestem gdzieś w lesie, w górach. Ilość zieleni, jakość niektórych ścieżek, śpiewy ptaków, darcie czegoś na rodzaj świerszczy, bardzo mało ludzi i DARMOWY wstęp, no super sprawa. Niestety minusem był fakt, że pewne dwa psy postanowiły sobie zamieszkać w rzadko uczęszczanej części parku i o ile mi się udało przejść spokojnie, o tyle turystów za mną te psy pogoniły. Co gorsza psy postanowiły, że raz będą na jednej ścieżce, raz na drugiej. A to były jedyne dwie ścieżki, którymi można było opuścić park. Cóż, nie pozostało nic innego jak wziąć dużego badyla, zrypać turystów, po to by się uciszyli, bo musimy sprawdzić gdzie są psy i je obejść. Tylko dzięki temu, że w górach miałem do czynienia z dzikimi psami wiedziałem jak przejść bez uciekania przed psami.

W parku spędziłem naprawdę sporo czasu, po czym postanowiłem wrócić do Masjid Jamek z nadzieją, że uda mi się wejść… znów trafiłem na godziny modlitw… cóż, w tej sytuacji wsiadłem do autobusu i w nim uświadomiłem sobie, że przecież po Kuala Lumpur jeździ Monorail, czyli kolejka jednotorowa, która porusza się nad ulicami. Szybko udałem się na końcówkę i przejechałem nią na drugą końcówkę, czyli do dworca głównego. Przy dworcu tym jest z kolei galeria handlowa, tam postanowiłem popatrzyć na ceny jakie są w Malezji, no szału nie ma, aczkolwiek po raz pierwszy w tym roku miałem okazję posłuchać tylu świątecznych piosenek na raz.

Po krótkim pobycie w galerii, udałem się już do dzielnicy, gdzie mieliśmy hotel i pójść na obiad do tej samej knajpy co pierwszego dnia. Po powrocie do hotelu szybko się spakowałem, a następnie wziąłem statyw i udałem się w okolice zbiegu rzek przy Masjid Jam, tam też miał być pokaz światło-woda, ale ponieważ (chyba) pojawiły się jakieś problemy techniczne, udałem się pod Petronas Tower, gdyż również i tam odbywa się pokaz światło-woda-dźwięk, oj to było przepiękne.

Dzień 14 – ,,Selamat tinggal” Malezja i ,,Hello” Singapur

Ostatnim krajem, który odwiedziliśmy podczas tego wyjazdu był Singapur. Do Singapuru postanowiliśmy jechać autokarem, ponieważ ceny są niskie, autokary wybitnie komfortowe, poza tym jest ich cała masa, a częstotliwość kursów taka jakby to była zwykła komunikacja miejska, do wyboru do koloru. Nasz autokar wyjeżdżał o 10:00. Bardzo mi się podoba fakt, jak rozwiązana jest kwestia dworca autobusowego w KL, otóż dworzec podzielony jest na strefę ogólnodostępną i strefę przeznaczoną wyłącznie dla osób oczekujących na odjazd autobusów, odjazd odbywa się z danej bramki do której należy się udać i przy której jest masa miejsc siedzących, tak samo jak na lotnisku.
Przy wejściu do autokaru zaskoczył mnie fakt, jak bardzo te autobusy są wygodne. Fotele są bardzo wygodne i ułożone w wariancie jeden fotel po lewej, dwa po prawej. Odległość między fotelami niemal jak w klasie biznes w samolotach.

Przejazd do Singapuru trwał około siedem godzin, w tym jedna dłuższa przerwa i ponad godzina na granicy.
Po przyjeździe do Singapuru przekonaliśmy się, że tam już komercja związana ze świętami będzie spotykana na każdym kroku. Masę ozdób, świąteczne piosenki w galeriach handlowych. No cóż kraj muzułmański podobno.
Z punktu, w którym nasz autokar kończył kurs, mieliśmy około czterdzieści minut jazdy metrem do hotelu, który był oddalony trzy przystanki od ścisłego centrum.
Sam hotel też był bardzo ciekawy, otóż w zasadzie jest to hostel, w którym jest kilka pokojów zbiorowych. To jeszcze brzmi w miarę ok, prawda? To teraz najlepsze, w tych pokojach znajdują się kapsuły jedno lub dwuosobowe, które są dość mocno dźwiękoszczelne oraz zapewniają sporą prywatność. I mają wygodne materace. Chciałbyś by w Twojej kapsule kolor światła był zielony albo różowy, albo biały, albo żółty, czerwony czy niebieski? Zero problemu, sam możesz ustawić kolorystykę światła.

Po zameldowaniu w hotelu poszliśmy szukać jedzenia. Okazało się, że w naszej dzielnicy jest nieco tańsze jedzenie niż w zachwalanym singapurskim Chinatown, tak na moją obiadokolację składał się ryż i butter chicken oraz zimna herbata z lodem i mlekiem. Tak, dopiero jedząc pikantne dania i popijając je takim napojem, człowiek zaczyna rozumieć dlaczego ktoś wpadł na taką mieszankę. Z tym, że nadal nie rozumiem jak można coś takiego pić w Anglii i to na gorąco, gdzie jedzenie ma nijaki smak?

Dzień 15 – centrum Singapuru i nocne życie

Pierwszy w Singapurze zaczęliśmy od śniadania w hostelu, po czym ruszyliśmy metrem do ścisłego centrum.
W pierwszej kolejności przeszliśmy się na deptak i tam poczułem się trochę jak w Dubaju, nowoczesna zabudowa, a między nią zbiornik wodny, aczkolwiek trzeba przyznać, że w tamtym miejscu ceny dość mocno różniły się od tych przy hotelu. Naszym celem było przejść się odcinkiem toru ulicznym, na którym od 2008 roku co roku odbywa się Grand Prix F1.

Przy okazji po drodze trafiliśmy na kościół św. Andrzeja, który zbudowany w 1861 roku i jest bardzo ciekawy ze względu na specyficzny tynk, który był użyty do jego budowy. Nazwa tego tynku to Madras Chunam i jest to mieszanka wapienia, białka jaj, cukru i łupin orzecha kokosowego. Chyba z niczym takim wcześniej się nie spotkałem.

Podczas spaceru w kierunku toru F1 i ogólnie podczas zwiedzania Singapuru w oczy rzucił się jeden fakt, otóż jest tutaj cała masa zieleni i prawie zero śmieci. Z drugiej strony nic dziwnego, bo kary są ogromne. Przykładowo przemyt i rzucie gum do żucia równa się karą w wysokości 1000 dolarów singapurskich (około 2750PLN), taki sam mandat czeka za palenie w miejscach publicznych (to akurat chyba średnio jest przestrzegane), jedzenie lub picie w metrze = 200SGD mandatu. Kary też czekają za niespłukanie wody w toalecie, czy plucie na ulicy.

W końcu doszliśmy do Mariny, tam czekał na nas przepiękny widok, jezioro, drapacze chmur, słynny hotel, Singapore Flyer i tor F1. Po zrobieniu zdjęć udaliśmy się do Sands SkyPark Observation Deck, przechodząc przy tym przez kładkę, która ma nawiązywać do ludzkiego DNA oraz przez galerię handlową.


Sands SkyPark Observation Deck to taras widokowy, który znajduje się na dachu słynnego dachu w Singapurze. Z jego dachu roztacza się przepiękny widok na całe miasto, ogrody na Marinie oraz redę przed gigantycznym portem w tymże państwie-mieście. Niestety upał dawał się nam bardzo mocno we znaki, więc dość szybko zjechaliśmy z tarasu widokowego. Oczywiście w windzie szło ,,Last Christmas”.

Po wyjściu z hotelu, postanowiliśmy przejść się do ogrodów na Marinie i nimi dojść do morza. Zajęło nam to trochę czasu, ale nagrodą była przyjemna bryza. Nie chciało mi się stamtąd ruszać, szum morza, przyjemny wiatr, czego chcieć więcej przy tak gorącym dniu? A jednak pojawiło się coś co nas bardziej zainteresowało, otóż zauważyliśmy ciekawą fontannę, dlaczego ciekawą? Ano dlatego, że można było do niej wejść i zmoczyć nogi, co w połączeniu przez przejście przez fontannę powodowało cudowne schłodzenie systemu operacyjnego w organizmie. Na horyzoncie zaczęło pojawiać się również coraz więcej chmur burzowych, co zaczęło mnie nieco martwić, zwłaszcza z perspektywy planów na wieczór.

Jednocześnie postanowiliśmy jechać na Chinatown, gdyż to właśnie tam miały być rzekomo tanie jedzenie i pamiątki. No i tak, o ile faktycznie pamiątki były w rozsądnej cenie, o tyle jedzenie już nie, to znaczy i tak było dość tanie, ale nie tak tanie jak u nas na dzielnicy, no i poza tym ze straganów znów piosenki świąteczne. Ponadto miałem wrażenie, że klimat tego miejsca był strasznie sztucznie kreowany, nie czułem się tam jak np. w Pekinie czy chociażby na Chinatown w Kuala Lumpur. W międzyczasie zaczęła się ulewa i to taka azjatycka ulewa, która trwała około godzinę i która zapewne zalała by cały Kraków. My postanowiliśmy się schować w McDonalds, a skończyło się to tym, że tam jedliśmy obiad (tak wiem, przepraszam, nie chciałem by tak wyszło, to nie w azjatyckim stylu).

Po ulewie udaliśmy się do hotelu, gdzie posiedziałem około godzinę i widząc, że nie pada, postanowiłem wziąć statyw i pojechać na coś abstrakcyjnie pięknego. W pierwszej kolejności udałem się do ogrodów na Marinie, by tam obejrzeć pokaz światło-muzyka Garden Rhapsody. Pokaz ten odbywa się na sztucznych drzewach, które są podświetlane w rytm muzyki. Pokaz trwa piętnaście minut i jest DARMOWY.
Drugim pokazem na który się udałem był pokaz Spectra, jest to najpiękniejszy pokaz światło-muzyka-woda-laser jaki kiedykolwiek widziałem. Ten również trwa piętnaście minut. Totalnie padnięty wróciłem do hotelu koło dziesiątej wieczorem.

Dzień 16 – Nawet w pięknym mieście trafi się brzydka dzielnica

Poranek zaczął się znów od śniadania w hostelu, po czym ruszyliśmy do Fort Canning Park. Od zawsze miejsce te służyło wojsku, z tym że teraz duża część parku jest otwarta dla turystów i miejscowych. Po uprzedniej rezerwacji jest możliwość zwiedzania z przewodnikiem starego bunkra. Niestety nie wiedziałem o tym wcześniej, więc nie pozostało mi nic innego, jak cieszyć się wspaniałą ciszą i zielenią w parku. Miejsce idealne do relaksu, aczkolwiek nas niestety gonił czas, tak więc po nieco ponad godzinie ruszyliśmy dalej.

Idąc w kierunku Little India miałem pewne zaskoczenie, ponieważ nie spodziewałem się, że w kraju muzułmańskim spotkam tak dużo kościołów, w których normalnie biją dzwony. A już totalnym zaskoczeniem był fakt, że spotkałem kościół Św. Jana Pawła II, a przy nim jego pomnik. Zdecydowanie przyjemnie mi się zrobiło.

Chwilę później weszliśmy do Little India… i jeszcze szybciej wyszliśmy, nie było tutaj absolutnie nic, może i faktycznie jest to biedniejsza dzielnica, co by pasowało do klimatu Indii, ale widząc kościół katolicki w środku tej dzielnicy to zwątpiłem. Obróciliśmy się o 180 stopni i ruszyliśmy w kierunku dzielnicy Arabskiej.

Kwadrans później byliśmy już w dzielnicy Arabskiej i tutaj znów poczułem się trochę jak w Dubaju, a jednocześnie trochę jak w Maroku. Tak to była zdecydowanie najbardziej autentyczna dzielnica. Sklepiki jak w Starym Dubaju, w knajpkach nieco bardziej arabskie dania, no i sporych rozmiarów meczet Sułtański. Bardzo ucieszył mnie fakt, że mogliśmy do niego wejść. Oczywiście bez butów i wypożyczając odpowiedni strój, ale to nie miało dla mnie żadnego znaczenia, miałem ochotę chociaż raz na tym wyjeździe wejść do meczetu.

Naszym kolejnym celem była… Marina, tak znów Marina, ale tym razem jej druga strona.
Postanowiliśmy przejść się na nogach przez uliczki Singapuru, wchodząc przy okazji do świątecznie wystrojonej Galerii Handlowej (potrzeba schłodzenia organizmu).
Mniej więcej godzinę później pojawiliśmy się na Marinie. Głównym powodem tego, że wróciliśmy się na nią była pewna fontanna, a dokładnie Merlion, pół lew, pół ryba, symbol Singapuru. Symbolika nie jest przypadkowa, pół ryba oznacza fakt, że miasto to było bardzo ważnym miastem rybackim, a pół lew? Miasto lwa, z tym związana jest historia, która mówi, że nim jeszcze powstało miasto, niegdyś książę Indonezyjski dostrzegł na brzegu przechadzającego się lwa. Dzisiaj wiadomo, że prawdopodobnie książę przewidział się, gdyż na terenie Azji nie ma lwów, ale symbolika została.

Po powrocie do hotelu spakowaliśmy się i udaliśmy się do ciekawego, osiedlowego food-court, który był położony parę minut drogi od naszego hotelu. I tam naprawdę było tanio. Za miskę ryżu z Curry Chicken i wieprzowiną słodko-kwaśną oraz z napojem, zapłaciłem jakieś siedem dolarów singapurskich. Także no.

Dzień 17 – Gigantyczne akwarium i Harry Potter na Changi

Ostatni dzień naszego wyjazdu przywitał nas jedną wielką ulewą, prawdopodobnie pogoda płakała, jak moja dusza, że trzeba opuszczać przecudną Azję.
Plan był taki, że musimy gdzieś zostawić walizki i idziemy do jednego z największych akwariów świata. Na szczęście Pani recepcjonistka była tak miła, że pozwoliła walizki zostawić w hotelu, a jakby tego było mało, to powiedziała, że gdy po nie wrócimy, możemy śmiało skorzystać z prysznica. Byliśmy jej niesamowicie wdzięczni, bo jednak po całym dniu fajnie odświeżyć się przed wylotem.
Dojazd do akwarium był dość długi, najpierw dwiema liniami metra, a następnie pieszo na wyspę Santosa, która jest centrum rozrywkowym Singapuru. Czego tutaj nie ma? Park Wodny, Park Rozrywki, Muzeum Figur Woskowych, Forty, Plaże, Muzeum Morskie, Pola oraz klub Golfowy, Marina oraz Oceanarium właśnie.

Patrząc na kolejkę jaka była, wywnioskowałem, że wiele osób wpadło na ten pomysł, no ale Panie w okienku super sprawnie obsługiwały, także nie musieliśmy długo czekać. Samo akwarium jest gigantyczne. Znajduje się w nim tysiąc gatunków stworków morskich, a przeliczając na sztuki wszystkich żyjątek jest STO TYSIĘCY!!! W oceanarium w sumie jest 45 milionów litrów wody. Ilości takie, że w głowie się nie mieści.


Mi jak zawsze najbardziej podobały się podwodne tunele, mógłbym w nich siedzieć i siedzieć. Równie pięknie przedstawiały się zbiorniki z meduzami, nie wiem dlaczego, ale czymś mnie oczarowują te zwierzaczki, no do czasu aż ich macka nie styka się z moim ciałem.

Genialną sprawą jest coś rodzaju ,,kina na żywo”, wchodzi się do Sali w której jest gigantyczna tafla szkła, za którą znajdują się setki jeśli nie tysiące rybek różnych wielkości. Na ryby można patrzyć z różnych poziomów (jak w kinie, tylko zamiast foteli jest wygodna wykładzina), zajadając przy tym popcorn albo watę cukrową. Żeby zrobić dodatkowy klimat, z głośników puszczona jest bardzo spokojna, relaksująca muzyka. Nic dziwnego, że bardzo dużo osób, nie tylko z dziećmi, siedziało tam i wpatrywało się, na przykład w majestatycznie płynącą płaszczkę.

Wizyta w akwarium trwała około dwie godziny i tak szczerze mówiąc, gdybyśmy się nie spieszyli to ta wizyta trwała by pewnie jeszcze z godzinę, dwie, a jeżeli ktoś idzie z dziećmi, to lepiej przeznaczyć na to cały dzień. Po powrocie na naszą dzielnicę, postanowiliśmy znów podejść do food courtu w którym byliśmy dzień wcześniej i tym sposobem zjeść ostatni obiad w Azji.
Obiadek był pyszny, czas było wrócić do hotelu by wziąć prysznic, po którym bardzo podziękowaliśmy za pomoc i z walizkami udaliśmy się do metra i na najlepsze lotnisko na świecie – Singapur Changi.
Zdecydowanie lotnisko to zasługuje na miano najlepszego, po nadaniu bagażu od razu udaliśmy się do strefy zastrzeżonej, przechodząc tylko kontrolę paszportową, gdyż lotnisko to kontrolę bezpieczeństwa przeprowadza przy bramce, bezpośrednio przed wejściem do samolotu. Świetna sprawa.
Chwilę później udałem się długie zwiedzanie, po pierwsze w terminalu 3 był event promujący Harrego Pottera, fajna sprawa. Również w tym terminalu można odwiedzić specjalny pokój, w którym jest tysiące motyli, niestety byłem już po zamknięciu tego dnia, tak więc wróciłem do terminala gdzie miałem mieć odlot. A tam? Darmowe Kino, strefa gamingowa, różnego rodzaju ogrody, specjalne miejsca, w których można oglądać mecze i siedzieć w wygodnych fotelach, fotele do spania i masażów, na dachu ogród słonecznikowy, z tym ze niestety zerwała się bardzo gwałtowna ulewa, więc mogłem to tylko podziwiać spod daszku.
A ceny? Dużo niższe niż w Singapurze. Nawet jedzenie było w rozsądnej cenie, pikantna zupa z nudlami i mięsem, kosztowała tylko osiem dolarów, wagon Malboro Gold, po przeliczeniu 100PLN.

Dzień 18 – Najgorszy powrót ever

Nasz Boeing 777 linii Swiss wystartował z niewielkim opóźnieniem z lotniska Changi. Chwilę po starcie zaczęło dziać się to czego się obawiałem najbardziej (zważając na fakt, że komórki burzowe non stop były nad Singapurem), zaczęły się turbulencje i o ile mi to nigdy nie przeszkadzało, tak na trzynaście i pół godziny lotu, sześć godzin non stop turbulencje, raz lżejsze, raz mocniejsze to była masakra. Uspokoiło się dopiero nad półwyspem arabskim, na wysokości Dubaju, który zresztą świetnie było widać.
Na plus można zaliczyć fakt, że miałem zarezerwowane dwa miejsca, przy oknie i drugie miejsce od okna, a dzięki temu, że nikt nie siedział w korytarzu, to postanowiliśmy sobie zostawić środek pusty.
Po przylocie do Zurichu mieliśmy godzinę na przesiadkę, także trochę w biegu i znów sytuacja z siedzeniem jak w przypadku lotu Singapur-Zurich. Co mogę powiedzieć o Swiss? Pyszne jedzenie, pomocna obsługa, fajnie, że w przedsionkach, które oddzielają strefy jest mini barek, z którego można wziąć wodę i przekąski, w Emirates tego nie było, a już tym bardziej w Lufthansie.
Z opóźnieniem czterdziestu minut wylądowaliśmy w Budapeszcie, błyskawicznie odebraliśmy bagaże, poszliśmy do sklepu, a następnie pojechaliśmy na dworzec z którego odjeżdżał FlixBus. Około 21:00 zakończyliśmy najdłuższy wyjazd do Azji.

Posumowanie

Wyjazd ten ukazał mi taki przekrój jaki jest w Azji jeżeli chodzi o zamożność krajów, zaczęliśmy od ubogiej Tajlandii, skończyliśmy na bogatym Singapurze, a w międzyczasie byliśmy w Malezji, czyli czymś między jednym, a drugim. I o ile Bangkok faktycznie był brudny, często nie pachniało zbyt ładnie, to tamtejsza kultura była czymś niesamowitym, uśmiechnięci ludzie, którzy chcą pomóc, nawet jeśli nie znają angielskiego i przepyszna, autentyczna kuchnia, to będzie coś czego mi będzie brakowało, ale na szczęście wkrótce zapowiada się powrót do tego wspaniałego kraju, bo to właśnie podróż pociągiem z lokalsami zbudziła we mnie chęć na ogarnięcie bardzo dużego projektu podróżniczego, ale na razie jeszcze nic nie mówię, bo nie wiem ile z tego wyjdzie. W Malezji już widać taką mieszankę kulturową, aczkolwiek największy wpływ ma hinduizm i muzułmanizm i nadal masa ludzi uśmiechających się, ba nawet z celnikiem idzie pożartować. Z kolei Singapur to taka totalna mieszanka kulturowa z rozpieszczonymi dziećmi i wszystkimi kuchniami świata, jak dla mnie najmniej ciekawy kraj pod względem kulturowym, z drugiej strony jednak jest abstrakcyjnie bogaty, śliczny i pełny zieleni… i nie śmierdzi.

Oto jak wygląda centrum Bangkoku, a nieco precyzyjniej część centrum w której znajdują się biurowce… Betonowa dżungla.
Tak wygląda dzielnica biurowa w Kuala Lumpur. Myślę, że widać dość dużą różnicę w stosunku do Bangkoku
A tak wygląda większość ulic w Singapurze. Różnica gigantyczna w stosunku do Bangkoku.

Wkrótce będzie jeszcze jeden artykuł na temat tego wyjazdu, tym razem jak ogarnąć taki wyjazd, co zobaczyć, co odpuścić, w jakich kosztach da się zamknąć. A jeżeli wytrwałeś/wytrwałaś do tego momentu, to pragnę Ci podziękować, że masz tyle cierpliwości i mam nadzieję, że Ci się podobało.

Świat widziany oczami Krzysztofa Staszkiewicza

%d blogerów lubi to: