Dubaj po studencku

Dubaj, miasto złotem płynące, miasto skąpane w słońcu, miasto w którym żar strumieniami leje się z nieba. Wszyscy zgodnie uważają, że tak naprawdę polski Student nie będzie w stanie finansowo wyrobić z takim wyjazdem, ale.. to nie jest prawda. Czas na artykuł o pierwszym wyjeździe poza Europę

Był to piękny, kwietniowy dzień, jeszcze w czasach gdy chodziłem do technikum. Wtedy to, podczas ślęczenia nad FlightRadar24 (zamiast nauki), zauważyłem samolot Wizzaira nad Azją. Zaciekawiło mnie to i kliknąłem w niego i w tym momencie samolot rozleciał się na kawałki i zobaczyłem szczegóły lotu. Gdy zauważyłem, że Wizzair realizuje loty Budapeszt-Dubaj, już wiedziałem, że kiedyś tam polecę. Jakieś 3 lata później, miałem przyjemność usłyszeć pewną kwestią po angielsku, w wolnym tłumaczeniu ,,Witamy w samolocie linii Wizaair, dzisiejszy lot do Dubaju potrwa około 5h 40min”. Miód, malina.

A było to tak…

Mniej więcej rok przed wylotem zacząłem polować na tanie bilety do Dubaju. Wstępnie planowałem wyjazd w grudniu, ale coś mi odj… uderzyło do głowy i zmieniłem plan na wrzesień. Nie wiem jak bardzo musiałem być nie wyspany, że podjąłem taką decyzję, ale skoro już ją podjąłem, to stwierdziłem, że się nie mogę wycofać… znaczy mogę, ale nie chcę.
Po mniej więcej roku intensywnego polowania udało się, znalazłem bilet, znaczy dwa, ale jeszcze nie znalazłem osoby towarzyszącej, która się bardzo szybko zdecydowała na wyjazd. I tym sposobem bilety zostały zarezerwowane, a mój rachunek bankowy przeżył załamanie nerwowe.

Czas ruszać do Azji

Początek września 2016, większość znajomym ze smutkiem na twarzy dostaje pierwsze ,,pały w szkole”, a ja w tym samym czasie skaczę z kumplem po walizce, by ją dopiąć… No bo nie muszę mówić, że jak leci gdzieś dwóch facetów i to jeszcze Wizzairem, gdzie trzeba płacić za bagaż rejestrowany, to Ci faceci zrobią wszystko by zmieścić swoje rzeczy do jednej walizki. Przy czym w naszym przypadku połowa walizki to elektronika, kolejna część to statywy, a gdzieś pod nimi parę podkoszulków i bielizna, chociaż akurat to to można mieć na sobie.
Wieczorem, po długiej walce z walizką, ruszyliśmy na dworzec autokarowy, by pokonać pierwszą część podróży, a mianowicie przejazd PolskimBusem z Krakowa do Budapesztu. Nie będę opisywał tego co się działo przy wejściu, ani po wejściu, bo szkoda mi moich palców.
W zasadzie tego co się działo po przyjeździe na lotnisko… to też nie warto, ale napiszę, po to by uświadomić Was, że jeżeli macie zamiar spać na tym lotnisku to jest to bardzo zły pomysł.
A co jest złego w tym lotnisku? Ano… ławek to tam jest mniej niż na lotnisku w Radomiu, wszystkie knajpki w nocy są zamknięte, żarcie ohydne (ja w KFC dostałem B-smarta, gdzie połowa kanapki, zamiast kurczaka była zepsuta sałata, a jak już się dokopałem do kurczaka to… okazało się, że jest tam sama panierka). Jedynym mega plusem jest taras widokowy, na którym można usiąść i wypić zimne piwko (oczywiście wejście na taras jest płatne).
Za to po przejściu strefy bezpieczeństwa, polecam zorientować się w którym miejscu jest strefa wylotów poza UE i jeżeli ma się takowy wylot, to z całego serca polecam zrelaksować się na bardzo wygodnych kanapach, bo raczej po sklepach nie warto chodzić.
Ale wracając do tematu podróży. Po paru godzinach oczekiwania na godzinę wylotu, weszliśmy do samolotu, który ku mojemu zaskoczeniu był wypełniony prawie w 100%. Kolejne 6h spędzone było w Wizzair.

41
Relaks przed lotem

 

W końcu dolecieliśmy!!!

Jakież było moje zadowolenie, gdy po wyjściu z samolotu poczułem uderzenie pustynnego żaru. Dopiero wtedy do mnie doszło, gdzie jestem, że jestem w Dubaju, że pierwszy raz w życiu pojawiam się w Azji. Moje zmęczenie zmieniło się w pobudzenie. Wspaniałe uczucie, uczucie spełnienia podróżniczego marzenia.
Po szybkim załatwieniu kwestii wizowych (przypominam, że Zjednoczone Emiraty Arabskie zniosły opłaty wizowe dla Polaków), udaliśmy się do Strefy Bezcłowej. Tak w Emiratach strefa bezcłowa jest również po wyjściu z samolotu i to ostatnie miejsce w tym kraju, gdzie kupisz alkohol za bardzo dobre ceny. Zresztą tam strefa bezcłowa to naprawdę strefa bezcłowa. Oszczędności na papierosach i alkoholu są ogromne. Przykładowo zestaw Red Label 3x1L, za 150PLN.
Po wyjściu z samolotu czekała na nas miła Pani, która przetransportowała nas do hotelu. Polecam wykupić ten transfer, bo samoloty Wizzair lądują późno i dojazd do centrum Dubaju o tej porze może zająć ponad 1,5h.
Hotel w którym się zatrzymaliśmy to ,,Montreal Hotel”, położony w dzielnicy Deria, co miało swoje plusy dodatnie i ujemne, ale o tym później. Jeśli chodzi o sam hotel, to jest on dosyć wysokiej klasy, tym bardziej mnie zaskoczyła promocja na którą się załapałem, a mianowicie 1,4tys PLN za pokój na 7 nocy, dla dwóch osób. Co prawda mieliśmy mały problem z wifi, ale udało się go mniej więcej rozwiązać. No może mniej niż więcej, ale przynajmniej był kontakt z Polską.
Zaraz po zapoznaniu się z pokoikiem i wypiciem kieliszka Whisky z Colą, wymordowani podróżą poszliśmy spać.

Na termometrze 45 stopni w cieniu

Pierwszy dzień był dniem w którym mieliśmy się zaaklimatyzować w nowym klimacie, dlatego nasz plan wyjazdowy przewidywał wizytę na Burj Khalifa i Dubai Aquarium.
Po wyjściu z Hotelu otrzymaliśmy od pogody solidnego kopniaka w twarz, a konkretnie uderzyła nas fala powietrza, które było rozgrzane do 45st w cieniu, a do najbliższej stacji metra jakieś 500m. I możecie wierzyć lub nie, ale przejście tych 500m w takim upale na sam początek wyjazdu, to była katorga.
Po dojeździe do stacji Dubaj Mall przeżyłem mały szok, a mianowicie, stację metra z galerią handlową, łączy zamknięta, klimatyzowana kładka o długości… 800m. Oczywiście jak na Dubaj przystało te 800m pokonuje się ruchomymi chodnikami.
Niestety zaraz po wejściu do Dubai Mall… zgubiliśmy się. Przez pieprzone 30min szukaliśmy gdzie są kasy biletowe, w których mogę odebrać bilety. Na szczęście wystarczyło nam czasu, by spokojnie zjeść sobie pierwszy obiad w Dubaju. Jeśli chodzi o kuchnię, jedno muszę powiedzieć, Emiraty to nie kraj dla tych, którzy nie lubią ostrych rzeczy, bo tam niemal takich dań nie ma. Chociaż to co jedliśmy pierwszego dnia nie było jeszcze tak bardzo ostre.
Po szybkim zjedzeniu ,,obiadu”, ustawiliśmy się w kolejce do kontroli bezpieczeństwa (dokładnie taka sama kontrola jak na lotnisku) przed wejściem na teren Burj Khalifa. Mniej więcej 30min później oczekiwaliśmy na wejście do ekspresowej windy. Nawet bardzo ekspresowej, bo w ciągu 60 sekund, winda wywozi pasażerów z ,,parteru”, czy jak tam to jest nazywane ,,Ground Floor” na 124 piętro.

Uwaga, wszystkie przekleństwa, niespójności zdań itd, są spowodowane upałem.


Nie dajcie się zwieść, jeżeli myślicie, że będziecie stali na samej górze Burj Khalifa, to się grubo mylicie. To jest nie realne, bo… tamte kondygnacje jeszcze nie są przygotowane do wpuszczenia turystów. Obecnie można wyjechać wyłącznie na 124 piętro, oraz na 148 piętro, ale na to jest osobny bilet, który moim zdaniem się nie opłaca, bo w Dubaju jest duże zapylenie znad pustyni i już na 124 piętrze widać wszystko przez mgiełkę, a zachodu słońca nie widać wcale. A różnica w cenach to grubo ponad 300PLN.
Nie zmienia to faktu, że jest to niesamowite uczucie, gdy widzisz gdzieś tam w dole budynki, które mają 15 pięter, a z góry wyglądają jak malutkie budyneczki z klocków LEGO.


W tym miejscu muszę Was ostrzec, żeby nikt nie wpadł na pomysł kupowania pamiątek związanych z Burj Khalifa, w sklepie z pamiątkami. Zwłaszcza, że przykładowo statuetka Burj Khalifa kosztuje w tym sklepie 150PLN, a u Chińczyka (o których później) za 10PLN, a nie różnią się prawie niczym.

Czas zanurzyć się w największym Akwarium

Akwarium w Dubaju jest największym akwarium świata i znajduje się w Dubai Mall, największej galerii handlowej świata. W ogóle jeżeli chodzi o kwestie galerii w Dubaju to każda z nich ma coś w sobie, jedna ma akwarium, druga ma stok narciarski, a jeszcze inna ma… mały park rozrywki, w którym potrafili upchać kolejkę górską. Mają rozmach.
Co do akwarium, warto przed wyjazdem do Dubaju, kupić bilet łączony Burj Khalifa + Dubaj Aquarium + Dubai Underwater Zoo. Świetna sprawa i duża oszczędność.
Wejście do Akwarium wita nas podwodnym tunelem, wokół którego pływają rekiny. Bardzo ciekawe doświadczenie, zwłaszcza, że tunel jest niski, więc jeżeli jakiś rekin gwałtownie wypłynie z tyłu to można się nieco wystraszyć. W dalszej części Underwater Zoo, znajdziemy dziesiątki różnego gatunku ryb, gadów i płazów. Ciekawostką jest to, że najprawdopodobniej wkrótce ten obiekt wzbogaci się o malutkie krokodylki (a może już się wykluły). W naszym wykonaniu zwiedzanie ograniczyło się do standardowej ,,ścieżki”, ale kto ma nieco więcej kasy niż polski student może przeżyć przygodę i ponurkować z rekinami czy też nakarmić płaszczki.


Ale największe wrażenie robi potężne akwarium, które znajduje się dwa piętra niżej. Jest to zbiornik o pojemności 10mln litrów, z największą na świecie szklaną taflą umożliwiającą obserwowanie 33tys stworzeń!!!! Co więcej w ramach biletu, możliwe jest przejście podwodnym tunelem. Mając nad sobą tyle wody i stworzeń czujesz się jak prawdziwy nurek. Co do samej szyby przez którą można obserwować życie w akwarium. Ma ona wymiary 32x8m i waży… 245 ton!!! To więcej niż waga Dreamlinera. Mają rozmach. Z wielką niechęcią opuściliśmy teren Dubai Aquarium i udaliśmy się na stację metra, gubiąc się przy tym dwa razy. A ja myślałem, że to na UEK się łatwo zgubić.


Po powrocie do hotelu, wypiliśmy kolejne dwa kieliszki odkażającego Whisky i stwierdziliśmy, że poszperamy po kanałach TV. Jakież było nasze zdziwienie, gdy w pewnym momencie naszym uszom ukazał się dźwięk polskiego przeboju. Jak się okazało, jedyną stacją muzyczną w tym hotelu była polska wersja 4Fun TV.
Kolejny dzień, kolejne atrakcje

Drugi dzień pobytu to był zupełny spontan, mapa w dłoń, aparat na szyję i w drogę. Ale nim to nastąpiło pilnie przeszliśmy się do pobliskiego Carefurra (czy jak to się tam pisze), bo zgrzewkę wody, bo ta schodziła nam w ilościach 2-3 butelki 1,5l na głowę w ciągu dnia.
Po dostarczeniu zakupów do hotelu ruszyliśmy na miasto. Naszym pierwszym celem była plaża w pobliżu Burdż al-Arab, który jest najbardziej luksusowym hotelem na świecie. Nim powstał Burj Khalifa to właśnie Burdż al-Arab był wizytówką Dubaju. Na plaży przekonałem się o dosyć istotnej rzeczy. Może i w Emiratach jest muzułmanizm, ale ludzie mają do tego bardzo luźne podejście, nie mają oni nic przeciwko, że kobiety opalają się w bikini. W sumie ja też nie miałem nic przeciwko. Jeśli chodzi o opalanie, to ostrzegam, bo o ile słońce nie spala tak łatwo jakby mogło się wydawać, to piach na plaży jest niesamowicie gorący, także o poparzenie dość łatwo. I pamiętajcie, weźcie ze sobą jakieś pudełko, bo muszelki jakie są na plażach są prześliczne.

Gdzie jest ten pieprzony park?

Kolejnym punktem zwiedzania miał być park, podobno bardzo ładny, ale… hmm chyba wyparował, bo nie byłem w stanie go znaleźć. W związku z tym postanowiliśmy, że udamy się na słynną Marinę. Oczywiście po drodze się zgubiliśmy, ale dzięki temu trafiliśmy na niesamowitą ulicę, przy której stały bardzo wysokie budynki mieszkalne. Może na zdjęciach nie robi to wrażenia, ale gdy to zobaczyłem na własne oczy, to potrzebowałem platformy wiertniczej by wydobyć na powierzchnię ziemi moją szczękę. Chwilę później odnaleźliśmy się… tzn odnaleźliśmy jedyną linię tramwajową jaka jest w Dubaju, a ponieważ ten tramwaj jeździ na Marinę, to problem z niedokładnością hotelowej mapy został rozwiązany. Tzn kwestię mojej ,,pomysłowości” i ,,mapy” pozostawię bez komentarza. Kto mnie zna ten się zapewne domyśla co mogłem odwalić.

37a.jpg

Dubai Marina, czyli wieżowce, deptak, kanał i jachty

Po wejściu na deptak wzdłuż Mariny zaskoczyło mnie jedno… Niemal zero ludzi. Widać, ze sezon w Dubaju jest dopiero gdzieś w okolicach miesięcy ,,zimowych”. W tej dzielnicy możemy spotkać głównie hotele i wysokie budynki mieszkalne, no i kanał, kanał, który przecina dzielnicę i w którym mieszkańcy ,,parkują” swoje jachty. Według informacji które posiadam od jednego z mieszkańców Dubaju, wiele firm oferuje mieszkania swoim pracownikom (zwłaszcza tym, na wyższych stanowiskach) właśnie na Marinie. W wielu przypadkach firmy opłacają w 100% koszty mieszkania.
Ponieważ był wieczór i robiło się coraz ,,przyjemniej”, postanowiliśmy przejść cały deptak wzdłuż Mariny, a ma on nie mało, bo 7km… wymiękliśmy po 1,5km. Wilgotność powietrza stała się nie do zniesienia. Nasz plan zakładał wbicie na Jumeirah Public Beach, czyli plażę, która jest… KLIMATYZOWANA. Zupełnie serio, piasek jest schładzany poprzez specjalny system. No ale plan planem, ale gdy zobaczyliśmy jaka jest widoczność, to stwierdziliśmy, że wracamy do centrum… Przy czym pisząc centrum mam na myśli Dubai Mall, ponieważ w Dubaju nie ma czegoś takiego jak centrum.

Magiczne fontanny, czyli jak działa marketing

Powiem szczerze… ja wiedziałem, że może zdarzyć się tak, że stwierdzę, że Dubaj jest przereklamowany, aczkolwiek cokolwiek zwiedzałem w Dubaju to było naprawdę fajne, nie było żadnego przereklamowania, ale to co się odwaliło na słynnych pokazach ,,Magicznych fontann” przy Dubai Mall to był dramat. Generalnie pokaz ,,Magicznych fontann” ma miejsce na sztucznie wybudowanym jeziorze o powierzchni 12ha, co powoduje… tak zgadliście, że są one największe na świecie, wyrzucają wodę na najwyższą wysokość na świecie, bo na 150m, a to niewiele mniej niż wysokość PKiN w Warszawie. Mało tego pokaz jest widoczny z kosmosu… podobno. Ale na miłość Boską jeśli macie coś lepszego do roboty to to zróbcie, bo jeżeli chcecie zobaczyć dobry pokaz to jedźcie lepiej do Barcelony.

Fontanny w Dubaju.
Pokaz fontann przy Dubai Mall. Niby ładny, ale jeśli mam być szczery to wolałbym przejść się po Starym Dubaju wieczorem, niż iść po raz kolejny na pokaz, który trwa mniej niż 10min i po kolejnych 20min zaczyna się dokładnie taki sam pokaz jeszcze raz.

Po 5min pokazu wkurzeni zaczęliśmy wracać do metra. Przy okazji pokazało się pierwszy raz, że chyba Polaków tam lubią. Przechodząc przy sklepie z pamiątkami i patrząc na magnesy, doszło do ciekawej sytuacji, a mianowicie, zapytałem się ile kosztuje magnes. Sprzedawca, że 10 Dirhamów (przeliczenie na PLN 1:1 ), trochę się wykrzywiłem, a ten się pyta skąd jestem. No to ja mówię mu, że jestem z Polski i jestem studentem. Tym sposobem za 10 Dirhamów otrzymałem 2 magnesy.
Ostatnim punktem drugiego dnia był obiad. O 22:00, ale grunt, że był. Postanowiliśmy, że nie jemy dzisiaj nic z sieciówek, tylko idziemy do knajpy, gdzieś w pobliżu hotelu i tym sposobem trafiliśmy (zachęceni dużą liczbą ludzi) do Chińskiej knajpy. Rany Boskie w życiu nie jadłem tak pysznego kurczaka w sosie słodko-kwaśnym. Apropo kuchni, o której będzie jeszcze trochę w tym artykule, w Dubaju jest mieszanka i kulturowa i kulinarna, ale jeżeli wchodzisz do knajpy Chińskiej to dostajesz autentyczne Chińskie jedzenie, jeżeli wchodzisz do Pakistańskiej masz autentyczne Pakistańskie jedzenie. Nie istnieje takie coś, co jest u nas, że ,,my podrabiamy daną kuchnię, tak by smakowała miejscowym”.

Pustynne szaleństwo

Kolejny dzień zaczął się późno, bo nie chciało nam się ruszać tyłka z hotelu przed popołudniowym szaleństwem, więc jedyne co zrobiliśmy przed nim to ruszyliśmy nasze brzuchy to pobliskiej galerii handlowej by coś zjeść.
Tego dnia w planach mieliśmy zarezerwowaną chyba najlepszą atrakcję ze wszystkich i której nikt nie może odpuścić kto jedzie do Dubaju, a mam na myśli Dubaj Desert Safari, czyli całe popołudnie spędzone na pustynnym szaleństwie.
Około 15:30 pod hotel przyjechał samochód, którym wybraliśmy się na pustynie. Oprócz szofera jechała z nami jakaś muzułmańska rodzina z pięknymi kobietami… Nie no żartuje nie wiem czy były piękne, bo nie widziałem twarzy… Nie ważne, wróćmy do tematu.
Najbliższe 40min jechaliśmy autostradą pośrodku niczego, wokół nas wyrastał las słupów energetycznych i… latarni (tak w Dubaju nawet autostrada pośrodku pustyni jest oświetlona). Po 40min trafiliśmy do punktu wjazdu na pustynie. W tym miejscu można było wypożyczyć quada i pojeździć po wyznaczonym terenie, można było też zakupić pamiątki. My za to poszliśmy lepić babki z piasku robić zdjęcia.

imgp1521
Mała przerwa przed pustynnym szaleństwem

Po jakiś 30min nudów, w końcu wjechaliśmy terenówkami na pustynie. O Chryste Panie jakie to było genialne!!! Niemal 1h jazdy po wydmach, adrealinka w niektórych momentach serio solidnie wzrastała. W dodatku przerwa na Sandboarding (odpowiednik SnowBoardu, ale na piasku) i zdjęcia przy zachodzie słońca.
Po 1h jazdy dotarliśmy do oazy, w której czekały na nas ,,konie z garbami”, zwane dalej wielbłądami. Może i przejażdżka na nich nie była zbyt długa, ale czego wymagać przy takiej cenie.  W samej oazie czekała na nas masa atrakcji, tradycyjna arabska kawa, tradycyjne arabskie jedzenie (jak się domyślacie ostre).. w sumie cała masa jedzenia, ja byłem najedzony niemiłosiernie, możliwość zaprzyjaźnienia się z Sokołem, pokaz tradycyjnych arabskich tańców, możliwość przebrania się za szejka, możliwość zapalenia Sziszy. I to wszystko ,,za darmo”. Jedyne za co było trzeba płacić to alkohol (30PLN za puszkę 0,3l Heinekena) i ewentualne pamiątki.


Powiem tak, to był najlepszy dzień całego wyjazdu, za cenę 100PLN otrzymaliśmy olbrzymią dawkę adrealiny, a następnie, zwłaszcza podczas palenia Sziszy, mogliśmy się niesamowicie zrelaksować. Dodatkowo podczas powrotu do hotelu mieliśmy miłą pogadankę z kierowcą na temat życia w Dubaju. I owszem życie w Dubaju jest bardzo drogie, ale zarobki są adekwatne do tych kosztów. Bo jeżeli taki kierowca zarabia 5tys miesięcznie, a na wyżycie potrzebuje 2-3tys, to jednak jest to całkiem przyzwoita oszczędność.
Po powrocie do hotelu, wytrzepaliśmy z butów mniej więcej 50kg piachu, kolejne z 10kg z aparatów… nie no dobra, żartuje. Usnęliśmy jak małe dzieci, nie interesował nas piasek.

 

Ciekawe co tam w ,,stolycy” słychać.

No chyba nie byłbym sobą, gdybym podczas wyjazdu do Dubaju, nie przeznaczył jednego dnia na zwiedzanie stolicy Zjednoczonych Emiratów Arabskich, czyli Abu Dhabi. Co ciekawe stolica ZEA, nie jest największym miastem w tym kraju, nie jest nawet drugim największym miastem… i pod względem turystycznym też raczej dupy nie urywa, oj nie.
Dojazd z Dubaju do Abu Dhabi jest bardzo sprawny i zapewniony przez przewoźnika obsługującego Komunikację Miejską w Dubaju. Ale spokojnie, nie oznacza to, że będziesz jechał 200Km, prostą autostradą, przez pustynie, polskimi Solarisami (tak takowe można spotkać w Dubaju). Przewoźnik zakupił bardzo wygodne autokary do obsługi tej trasy (siedzenia wygodniejsze niż chociażby w PolskimBusie). Jeżeli chodzi o bilety to obowiązują takie same na linii jeżdżącej do Abu Dhabi, co na terenie Dubaju.. No z jednym ale. Różnica jest taka, że można korzystać wyłącznie z biletów typu ,,Nol Silver”. Jest to karta, którą doładowuje się na dowolna kwotę. Koszt przejazdu zależy od długości trasy jaką się przejechało (umożliwiają to czytniki przy wejściu i wyjściu z autobusu, stacji metra itd, do których przykłada się kartę). Cena przejazdu w obie strony to 50 Dirhamów.
Zerwaliśmy się z hotelu skoro świta, czyli koło 8 rano. W Abu Dhabi byliśmy koło 11:30. Szlag chciał mnie trafić na dzień dobry, bo tak mylących i bezsensownych informacji turystycznej to ja nie widziałem nigdzie. Nie mówiąc już o tym, że w przeciwieństwie do tego co jest w Dubaju, to w Abu Dhabi, mieszkańcy mają głęboko w dupie tustysów i niesienie im pomocy.
Pierwszym celem naszego zwiedzania Abu Dhabi, był słynny Wielki Meczet Szejka Zayeda. Kolosa widać już podczas jazdy obwodnicą. Najwyższa wieża meczetu ma aż 115m wysokości. Meczet ten jest jednym z nielicznych meczetów, który jest udostępniony dla innowierców. Plus jest taki, że wejście jest zupełnie za free, przy czym nie można wnieść NIC do jedzenia. Jedzenie można zostawić przy kontroli bezpieczeństwa (taka sama jak na lotnisku, tylko bardziej dokładana). Generalnie wszędzie jest napisane, że obowiązuje pewien dresscode. No może i faktycznie, aczkolwiek w przypadku mężczyzn, ochrona podchodzi do tego z przymrużeniem oka. W przypadku kobiet już tak nie jest. Na szczęście dla płci pięknej istnieje wypożyczalnia, gdzie można wypożyczyć odpowiedni strój. No cóż taka wiara. Świątynia (wraz z dziedzińcem) ma powierzchnię 22tys m2 i… nie jest największą świątynią tego typu (co w przypadku Emiratów jest czymś niesłychanym). Łącznie może w niej przebywać 40tys wiernych!!!


Przed wejściem do środka warunkowane jest zdjęciem butów, ale spokojnie, tam nikt Ci ich nie ukradnie. Po wejściu do środka wita nas miły powiew chłodnego powietrza, które zapewnione jest przez potężne klimatyzatory.
A co do samego wnętrza… W środku będziemy mieli okazję przejść się po największym, ręcznie tkanym dywanie oraz zobaczyć jeden z największych żyrandoli stworzonych przez człowieka. Żyrandol jest niemal całkowicie pokryty złotem. Skurczybyk waży 12 ton!!! Mają rozmach. Ciekawostka, jeżeli usiądziesz na dywanie i zrobisz sobie zdjęcie, ochrona w trybie ekspresowym do Ciebie podejdzie i na ich oczach musisz usunąć zdjęcie. Nie ma, że na Facebook czy Instagram. Kasujesz, albo my kasujemy aparat.


I w sumie na tym etapie mógłbym zakończyć opisywanie wyjazdu do Abu Dhabi, bo to co było później doprowadzało mnie do szału. Ale dobra, poświęcę się.
Kolejną atrakcją, którą chciałem zobaczyć to Yas Island, czyli sztuczna wyspa, na której jest Ferrari Word, Yas Waterpark i tor F1. Przy czym dojazd na wyspę to absurd, bo z okolic meczetu jadzie na nią kilka linii, ale żadna z nich nie jedzie najszybszą trasą, czyli obwodnicą, tylko przez miasto. 50Km w jedną stronę!!! A niestety światła w tym mieście są poj… niezbyt logicznie ustawione i efekt tego jest taki, że 50km jedzie się jakieś 1,5h.
Przed wejściem do Ferrari Word zjedliśmy coś mega smacznego w KFC, a było to Dueto. Jest to coś rodzaju naszego Quritta, ale w przeciwieństwie do Quritto, są tutaj dwa mniejsze placki, w każdym z nich są dwa solidne kawałki kurczaka, ser, prażona cebulka i bardzo ostry sos. Wybitnie mi to smakowało i mega mi brakuje tego u nas.
Przed wejściem do Ferrari Word czekało nas zaskoczenie, otóż nie ma możliwości przejścia się po Ferrari Word bez biletu. A w Ferrari Word nie ma biletów, które nie uwzględniają wejścia bez korzystania z atrakcji. Efekt jest taki, że jedyne co możesz zrobić, bez płacenia 300 Dirhamów, to wejść do Ferrari Store i zobaczyć ich chore ceny.


Zrezygnowani wróciliśmy do Dubaju, gdzie postanowiliśmy przetestować kolejną knajpę, tym razem z żarciem… w sumie ciężko powiedzieć jakim, ale coś co w nazwie ma kebab, a prowadzone jest przez… Ruskich. Porcje jakie tam są, to jest skandal, a mianowicie skandal polega na tym ile tego żarcia jest w porcji w stosunku do ceny. Jak to zjadłem, to ledwo mogłem dojść do hotelu.

Dzień poznawania nieco innego Dubaju.

Kolejny dzień był nieco inny niż poprzednie. Tego dnia nie wybraliśmy się zbytnio daleko poza naszą dzielnicę. Tym razem poszliśmy zapoznać się ze Starym Dubajem. Jest to dzielnica nieco inna niż inne, nie zobaczysz tutaj wysokich wieżowców, a raczej stare budynki, które były budowane gdy Dubaj to była niemal tylko pustynia. Stary Dubaj można spokojnie porównać do wielkiego centrum targowego. Na każdym kroku natrafialiśmy na różne stoiska, sklepy z przyprawami, złotem, tekstyliami, pamiątkami i różnymi innymi rzeczami. Jednak największe wrażenie robi przechodzenie wąskimi uliczkami, które stanowią swoisty korytarz powietrzny, dzięki któremu nie czujemy upału, wręcz czujemy komfort termiczny.. a może to dlatego, że tego dnia było ,,tylko” 35st. Właśnie w tym miejscu, w Starym Dubaju, poznaliśmy prawdziwą kulturę, jaka jest w Emiratach i powiem tak, tamtejsi Arabowie nie mają nic wspólnego z tymi, którzy pchają się do Europy. Tamtejsi Arabowie są uśmiechnięci, pomocni, chętnie rozmawiają o innej kulturze i generalnie o wszystkim. Nie mieszają religii w te rozmowy, zapraszają do sklepów nawet tylko po to by opowiedzieć o przyprawach, są chętni do negocjacji cen, ba takie negocjacje to jest wręcz obowiązkowy punkt zakupów.

Negocjacje, prezentacje i gonitwa za potencjalnym klientem.

Apropo przypraw, zaprosił nas pewien facet do sklepu, po to by opowiedzieć o przyprawach, które on tam ma. Już na wejściu mój zmysł węchu oszalał. No uczucie nie do opisania jak pachniało w tym sklepie. Przez 20min facet opowiadał nam o różnych przyprawach, dawał powąchać, spróbować. Na koniec podziękował za to, że go wysłuchaliśmy. Nie powiedział ani słowa, czy chcemy coś kupić, no ale stwierdziłem, że w ,,nagrodę” wydam te 10 dirhamów za pewne czekoladowe… hmm… kamyczki? Ciężko mi powiedzieć co to było dokładnie. Generalnie byłem świadomy, że on u Chińczyka kupił to za parę dirhamów za kilogram, ale ani trochę nie żałowałem tych 10 dirhamów, tym bardziej, że bez negocjowania wychodziło 20 dirhamów.

Przyprawy
W ,,Starym Dubaju” znajdziemy różne sklepy, z przeróżnymi towarami, jednak są pewne sklepy, które przeważają nad innymi, a są to sklepy ze złotem, tradycyjnymi strojami oraz przyprawami. Wejście do tego ostatniego powoduje, że dostajesz niesamowitej mieszanki zapachów, a jednocześnie pracujący w nich ludzie, nie mają nic przeciwko wykonywaniu zdjęć wewnątrz sklepu.

Spacerując po kolejnych uliczkach, zauważyłem sklep z tradycyjnymi, arabskimi nakryciami głowy. 10min później, po rozmowie ze sprzedawcą o tym, że jestem polskim studentem (bardzo silny argument), wynegocjowałem cenę 45 dirhamów za to nakrycie głowy… W sumie co mi szkodzi, zawsze jakaś pamiątka.
Nie przeszliśmy zbyt daleko, gdy trafiliśmy na targ złota. Jest to zadaszona uliczka, wokół której znajdują się sklepy ze złotem. Podobno miało być tańsze niż w Polsce, ale jakoś nie zauważyłem tej różnicy. Natomiast to właśnie na tej uliczce, na niemal każdym kroku witają Cię i zapraszają do kupna chińskich badziewi.

W końcu nie wytrzymaliśmy i skusiliśmy się pogadać z jednym z facetów, który namawiał do zakupów. Chodziło nam o Sziszę. Kilka minut później pojawiliśmy się w… prywatnym mieszkaniu, gdzie właściciel sprzedawał niemal wszystko, w tym różnego rodzaju Szisze, zresztą naprawdę bardzo solidnie wykonane. I tutaj zaczęła się niezła zabawa. Otóż właściciel wyrzucił nam cenę 175 Dirhamów, co doprowadziło nas do ochoty opuszczenia budynku. No i w tym momencie zaczęły się negocjacje i to bardzo ostre negocjacje. Jakieś 20min później właściciel gonił nas po uliczkach z zapakowaną Sziszą, i krzykiem na całą okolicę, że sprzeda nam to za 40 Dirhamów. No i oczywiście byśmy to kupili, gdyby nie fakt, że baliśmy się o to, że może nie wytrzymać transportu do Polski.

Dubai Creek i druga część Starego Dubaju

Po wyjściu z targu złota trafiliśmy do przystani Dubai Creek. Jak zapewne się domyślacie, to właśnie na tej przystani, zacumowane są ogromne kontenerowce, które przypływają z Chin z różnymi rzeczami, które sprzedają między innymi w Starym Dubaju. No i dobrze myślicie, przy czym zamiast potężnych kontenerowców, są zdezelowane łódki, którymi chyba nawet nasi rybacy baliby się wypłynąć na otwarte morze. Również w tym miejscu wyraźnie widać, że przestępczość nie istnieje w tym kraju. Wszelkie towary (włącznie z elektroniką) owszem były opakowane, ale leżały sobie na przystani bez żadnej kontroli i nawet nikomu nie przyszłoby w Dubaju do głowy, by można było coś z tego zabrać.

Po krótkim spacerze wzdłuż przystani, doszliśmy do wniosku, że trzeba dostać się na drugą część Starego Dubaju. Są trzy opcje przedostania się. Pierwsza z nich, to szukanie stacji metra, druga z nich to szukanie przystanku autobusowego, a trzecia, najszybsza i najtańsza to przepłynięcie Abrą na drugą stronę przystani. Przepłynięcie trwa może z 5min, kosztuje 1 dirham. Połącznie obsługiwane jest przez… przewoźnika KM. To tak jakby MPK lub Mobilis obsługiwał ,,Krakowski Tramwaj Wodny”. No i raczej w UE, takie Abry były zabronione ze względu na stan techniczny, ale tam się mało kto tym przejmuje. Działa? Działa. Płynie? Płynie. Przecieka? No może odrobinkę, ale nie topi się. No to po co zakazywać?
Po zejściu z Abry, ruszyliśmy w kolejne wąskie uliczki. Klimat jaki na nich panuje, zupełnie nie przypomina tego, co jest w pozostałej części Dubaju. W tym miejscu po raz kolejny przekonaliśmy się, że oni tam lubią Polaków. Gdy tylko ktoś zapytał skąd jesteśmy,  a my odpowiadaliśmy, że z Polski, to witali nas z uśmiechem, zapraszali na wspólne zdjęcia, na chwilę pogadania, albo nawet na zwykłe uściśnięcie dłoni. Już nie wspominając o przywitaniu nas tekstem ,,Witajcie Polska”. I żeby nie było, wokół nas było sporo turystów z różnych krajów, bo i słyszałem Włochów i Ruskich i Niemców i Francuzów, ale do nikogo z nich nie zachowywali się tak jak do Polaków. Co mi się podobało to to, że ludzie nie mieli nic przeciwko robieniu zdjęć w sklepach, przy stoiskach itd.

Chińczyk, wypalona morda i początek świąt.

Zaraz po wyjściu ze Starego Dubaju trafiliśmy na trzy Chińskie sklepy. Są to sklepy, w których WSZYSTKO jest w cenie do 10 lub do 20 dirhamów (zależy od sklepu). To właśnie w nich wyposażyłem się w pamiątki takie jak magnesy, statuetkę Burj Khalifa, ,,pozłacane” karty, czy też podrabiane perfumy Lacoste Yellow. A za to wszystko dałem jakieś 30 Dirhamów. Żyć nie umierać. Jedyny minus tych sklepów to masakryczna ilość ludzi, oraz to, że jeżeli kupujesz perfumy to musisz się natrudzić by znaleźć odpowiednie, bo większość z nich ,,pachnie” jak wnętrze przenośnej toalety, a co gorsza wiele ludzi takich właśnie perfum używa.
Po powrocie w okolice hotelu poszliśmy do kolejnej knajpy, gdzie stołują się miejscowi. Ja stwierdziłem, że biorę Rybę z ryżem w sosie.. jakimś nie wiem jakim i butter chicken. I muszę jedno napisać. Jeżeli miejscowy ostrzega, że coś jest ostre, to to jest cholernie ostre, o czym sam się przekonałem, bo ryba, a raczej sos był tak ostry, że ja się niemal pociłem przy jedzeniu, a ostrość czułem jeszcze jakąś godzinę po wejściu do hotelu.
Na szczęście mieliśmy w hotelu 2h luzu nim wyszliśmy kolejny raz na miasto. Tym razem ruszyliśmy na Marinę, po to by oglądnąć pokaz sztucznych ogni. A był to początek wielkiego muzułmańskiego święta, zwanego Id al-Adha. Jest to święto ofiarowania, trwające 3-4 dni. Dla muzułmanów to największe święto. Przez 4 wieczory przy Dubai Marinie trwały pokazy sztucznych ogni, szkoda, tylko, że pokaz trwał ledwo 5min. Liczyłem na większy rozmach. Chyba nie tylko ja.

Ostatni dzień pełen szaleństwa

Ostatni dzień wyjazdu do Dubaju, był zaplanowany w parku wodnych Atlantis WaterPark. Jest to park wodny położony na końcówce sztucznej wyspy, słynnej ,,palmy”. Dojazd do Parku Wodnego zapewniony jest przez kolejkę magnetyczną. Niestety ta kolejka nie jest uwzględniona w biletach KM, więc obowiązują osobne bilety. Koszt 25 dirhamów w obie strony.
Park wodny nie może się równać z  żadnym innym w jakim byłem. Ilość zjeżdżalni, potężna ,,dzika rzeka”, długość kolejki, tego nigdzie nie doświadczysz. Niestety byłem nieco zawiedziony, ponieważ atrakcja, na którą najdłużej czekałem była… w remoncie, tzn w remoncie był zbiornik wodny, przez który prowadzi tunel zjeżdżalni. Podczas zjazdu można podziwiać różnego typu ryby i rekiny. No trochę żal.
Nie zmienia to faktu, że cała reszta zjeżdżalni podniosła mi nieco poziom adrealiny, dawno tak się świetnie nie bawiłem. A do tego świetny relaks na ,,dzikiej rzece”, która jest tak świetnie zrobiona, że jeżeli chcesz przepłynąć wszystkie możliwe warianty, to trzeba przeznaczyć na to jakieś 40min, no chyba, że polegasz na nurcie rzeki, wtedy jakieś 1,5h.
Dzień zleciał szybciej niż się zaczął i powoli zaczęło robić się coraz chłodniej, chwilę później usłyszeliśmy gwizdek oznajmiający zamknięcie parku wodnego i faktycznie w cieniu było mi już chłodno. Nie chcę wiedzieć jaka była temperatura w ciągu dnia, skoro mi było chłodno przy 34st w cieniu.
Wracając wstąpiliśmy do galerii Mall of Emirates, to właśnie w niej znajduje się jedyny na  świecie, zakryty stok narciarski. Jednak widząc go przez szybę w galerii handlowej cieszyłem się, że mi nie odbiło i nie kupiłem biletów na stok. Bo szczerze? To jest jeszcze mniejsze i jeszcze bardziej płaskie niż Siepraw. Dziękuję, postoję. Kolejną ,,atrakcją” było kolejne Dueto w KFC

Powrót złotą klasą

Po powrocie do hotelu, szybko się spakowaliśmy i poszliśmy spać. Następnego dnia, zebraliśmy się z hotelu koło 10 rano i udaliśmy się na stację metra, po drodze zahaczając o kolejne KFC. I tutaj się nie dogadałem z Panią na kasie. Nie spodziewałem się tego, że  jeżeli ktoś się mnie pyta, czy chcę pikantny zestaw, to że może chodzić o to, czy chcę mieć frytki posypane suszonym chilli. Nim zjadłem ten zestaw to wypiłem 1,4l napojów chłodzących, a i tak zostawiłem trochę frytek.
Tego dnia postanowiliśmy, że ze względu na duży tłok w metrze (związany ze świętami) oraz ze względu na walizkę ważącą ponad 30kg, poszalejemy i pojedziemy klasą Gold. No właśnie co do klas, każdy skład metra podzielony jest na  3 strefy, Strefa dla kobiet i dzieci, strefa ogólnodostępna (tzw ,,Regular Class”) oraz strefa o podwyższonym standardzie (,,Gold Class”). To był zdecydowanie dobry ruch, ponieważ może i zapłaciliśmy te 20 dirhamów za przejazd 40min metrem, ale przynajmniej mieliśmy wygodne miejsca i widok na Dubai przez przednią szybę.

Stacja BurJuman
Stacja metra ,,BurJuman” w Dubaju. Jest to jedna z dwóch stacji przesiadkowych, pomiędzy czerwoną i zieloną linią metra.

Kolejny etap podróży to przejazd do lotniska Dubai Word Trade Center i dziwne uczucie, jakby się było kilka godzin na lotnisku w Radomiu. W tym czasie z lotniska wystartowały całe dwa samoloty pasażerskie. 2,5h przed wylotem weszliśmy do PRAWDZIWEJ strefy bezcłowej. Fajne jest to, że nie musiałem wydawać 6PLN za 0,5l wody (jak na Modlinie), tylko 3 dirhamy (czyli dwa razy mniej) za 1,5l wody.
Po przylocie do Budapesztu spędziliśmy parę godzin na podłodze, a następnie udaliśmy się do centrum, na przystanek PolskiegoBusa. Ledwo autokar ruszył z Budapesztu, a ja usnąłem jak małe dziecko.
Około 14:00 pojawiliśmy się  w Krakowie i tym samym zakończyliśmy pierwszy wyjazd do Azji… A będzie ich jeszcze wiele, oj zdecydowanie wiele.

Podsumowanie i kwestia kosztów.

Dubaj to jedno z tych miast, które warto zobaczyć, zwłaszcza, że ceny lotów są coraz niższe, a miasto samo w sobie jest wbrew pozorom ciekawą metropolią. Warto zobaczyć niesamowity kontrast między Starym Dubajem, a ,,centrum” miasta, gdzie znajdują się nowoczesne biurowce. Warto poznać tą niesamowitą mieszankę różnych kuchni i kultur, przy czym tamtejsze ,,multikulti” nie ma żadnego związku z tym, który jest teraz w Europie. Kilka atrakcji, które polecam każdemu jako atrakcje obowiązkowe, to: Dubaj Desert Safarii, Stary Dubaj, Burj Khalifa wraz z Dubai Aquarium i Dubai Undrewater Zoo, Atlantis Waterpark. Tak naprawdę nic więcej nie musicie zobaczyć, aczkolwiek z tego co wiem, to powstaje ciekawy park rozrywki w okolicy Dubaju. Co odradzam to Magiczne Fontanny i wyjazd do Abu Dhabi, chyba, że wypożyczycie samochód, wtedy tak.
Jeżeli chodzi o kwestię ceny wyjazdu, to wyjazd mnie kosztował jakieś 3,6tys PLN. W cenie jest wszystko, czyli bilety lotnicze, hotel, atrakcje, bilety na PolskiegoBusa, ,,kieszonkowe”.
Promocję na nocleg w Montreal Hotel znalazłem na booking.com, kupony na atrakcje na stronie getyourguide.pl. Bilety lotnicze i PolskiegoBusa, to kwestia szczęścia i długiego poszukiwania jak najtańszych przelotów, a w przypadku PolskiegoBusa, to kwestia kupienia biletów zaraz po wypuszczeniu nowego kalendarza.

Świat widziany oczami Krzysztofa Staszkiewicza

%d blogerów lubi to: