Tajlandia w dwa tygodnie – gotowy plan

W ostatnim czasie na mojej stronie mogliście przeczytać artykuły na temat ciekawych miejsc w Tajlandii. Oczywiście to jeszcze nie wszystko, bo została mi jeszcze cała masa ciekawych miejsc do zobaczenia w tym kraju, ale niestety nie wystarczyło mi czasu, by je zobaczyć. Być może w przyszłości.
Dzisiaj opiszę Wam moją dwutygodniową podróż do Tajlandii, być może taka wiedza komuś pomoże w tworzeniu planu na swoją podróż.

Na wstępie muszę uprzedzić, że wyjazd ten był pierwszym wyjazdem, który można uznać za wyjazd, który nie był niskobudżetowy. Co prawda próbowaliśmy oszczędzać na biletach, hotelach, wyżywieniu, większość wycieczek robiliśmy na własną rękę, ale ze względu na sporą liczbę atrakcji, wyjazd wyszedł dość drogi, albo może inaczej, nie wyszedł tani. Ale o budżecie przeczytacie na samym końcu.

Dzień 1 – przelot do Doha

Nasz wyjazd rozpoczął się około godziny 13:00 na Dworcu Głównym w Krakowie, skąd pojechaliśmy Pendolino do Warszawy Zachodniej. Mieliśmy zaplanowany dość spory zapas na wypadek opóźnienia pociągu, no bo wiadomo, jak działają nasze koleje, ale na szczęście tym razem nie mieliśmy żadnych problemów i postanowiliśmy pożegnać się z Polską… W Pizzerii na Barskiej. Bardzo fajna pizzeria, parę minut drogi od dworca, także przejście tego odcinka z bagażami nie stanowiło problemu.
Jest to też ostatni moment na zakup alkoholu, który zamierzacie dać do bagażu rejestrowanego.
I pamiętajcie, pod żadnym pozorem nie kupujcie spirytusu, bo takowego nie można przewozić w samolocie.
Będąc świadomym, że w Doha nie opuszczamy lotniska oraz że na lotnisku alkohol będzie tańszy niż w mieście (tak jest zawsze w przypadku lotu poza strefę Schenen) postanowiliśmy, że tylko jedna osoba kupi tutaj litr… spirytusu (dopiero pod koniec wyjazdu uświadomiliśmy sobie, że nie powinniśmy tego robić).
Po dojeździe na lotnisko nadaliśmy bagaże, uzupełniliśmy zakupy wysokoprocentowe (litr Żubrówki białej za 21PLN).
Lecieliśmy liniami Qatar Airways, który miał najlepszą ofertę na trasie Warszawa-Doha-Bangkok i Phuket-Doha-Warszawa. Bilet kosztował nas około 2000PLN.  Jeżeli planujecie przylot i wylot z Bangkoku, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że uda się taniej kupić taki bilet.

Dzień 2 – Przelot do Bangkoku i pierwszy wieczór.

Nie mieliśmy zbyt dużo czasu na przesiadkę w Doha, w zasadzie to mieliśmy nawet go dość mało, więc tym razem nie miałem czasu na zwiedzanie lotniska.
Po wejściu do samolotu zaskoczyła mnie… dość pokaźna liczba rodaków lecących do Tajlandii. Nawet stewardesa, która obsługiwała naszą strefę w samolocie, była Polką.

Po przylocie do Bangkoku zaskoczyła mnie bardzo niewielka kolejka (w stosunku do kolejki rok wcześniej) do odprawy paszportowej. Zaskoczyła, ale również zadowoliła, bo to oznaczało, że będziemy bardzo szybko w hotelu, a to zaś oznaczało, że jeszcze coś zdążymy zobaczyć. Na lotnisku załatwiliśmy jeszcze kartę SIM z nieograniczoną transmisją Internetu oraz częściową wymianę gotówki (nie opłaca się, ale potrzebowaliśmy na podstawowe wydatki w dzień przylotu i częściowo w pierwszy dzień zwiedzania.)

Zaraz po przyjeździe do hotelu wskoczyliśmy pod prysznic (na nasze szczęście prysznice były wspólne dla wszystkich pokojów na piętrze, co umożliwiło błyskawiczne ogarnięcie się naszej trójki), a następnie wyszliśmy na miasto. Nasz hotel, Bunny Burrow Hostel zlokalizowany był tuż koło River City, dziesięć minut drogi od Chinatown i kwadrans od dworca kolejowego i metra. Innymi słowy, gdzie byśmy nie chcieli pójść to mieliśmy blisko.
Ponieważ nie planowaliśmy tego dnia konkretnego zwiedzania, poszliśmy po prostu przed siebie, kontrolując na Google Maps naszą lokalizację, by wiedzieć jak wrócić. Uwielbiam taki spontan i dzięki niemu trafiliśmy przypadkiem do Jack’s Bar: https://goo.gl/maps/BmRg6LAC9n6CP9WG6
Przyjemny bar ulokowany na palach nad rzeką. Polecam każdemu, zwłaszcza smakoszom piw, mianowicie można tam spróbować bardzo ciekawych piw kraftowych. No niestety ma to też swoją cenę, ale ogólnie alkohol w Tajlandii tani nie jest.

Po skosztowaniu piw zrobiliśmy się głodni i tutaj pojawił się problem, bowiem było już koło 23:00, co oznaczało, że knajpy z jedzeniem są raczej zamknięte, a nie mieliśmy na tyle czasu, by jechać na nocny market. Przy jednym ze skrzyżowań trafiliśmy na Garkuchnię. Jeszcze nie wiedzieliśmy na co się piszemy (to znaczy ja miałem swoje podejrzenia), a trafiliśmy na bardzo pikantną zupę z dodatkiem różnych mięs… Jakich? Nie wiem, ale na pewno był tam kurczak i ryba. Tak czy siak ciekawe rozpoczęcie przygody w Tajlandii. Wracając do hotelu wstąpiliśmy jeszcze do 7eleven by kupić prowiant (zwłaszcza wodę) na kolejny dzień.

Dzień 3 – Pływający targ

Prawdopodobnie każdy kto przegląda listę atrakcji do zwiedzenia w Bangkoku słyszał o czymś takim jak Damnoen Saduak, czyli pływający targ. My postanowiliśmy, że nie będziemy przepłacać i pojedziemy na własną rękę (co było sporym błędem).
Zerwaliśmy się bladym świtem i ruszyliśmy łapać taksówkę. Musieliśmy przejechać spory kawałek, bo 15 kilometrów z centrum Bangkoku do Bangkok Bus Terminal Southern albo łatwiej Sai Tai Mai. Po kilku odmowach z naszej strony, w końcu trafiliśmy na uczciwego taksówkarza, który powiedział, że włączy taksometr (a widząc, że na tylnym fotelu siedzi osoba, która prawdopodobnie śledzi naszą trasę, nie próbował kombinować z niepotrzebnym kręceniem się). Tutaj bardzo ważne jest to, żeby tego pilnować. Ja wiem, że na nasze warunki to cena przejazdu i tak jest śmiesznie niska, ale szanujmy się.

Po dojeździe na dworzec autobusowy, błyskawicznie zostaliśmy ,,przechwyceni” przez miłą Panią, która okazała się być kimś na rodzaj konduktora autobusowego. To ona pokazała nam, gdzie jest stanowisko autobusu linii 78 i sprzedała nam na niego bilety, a następnie towarzyszyła nam w podróży aż na pływający targ, wraz ze złapaniem łódki (autobus kończy kurs w innym miejscu niż główny postój łódek).
Sam przejazd jest dość ciekawy, zza okna autobusu można oglądać przedmieścia Bangkoku, mija się ciekawe fabryki, na przykład fabrykę posągów, które można podziwiać w świątyniach buddyjskich i hinduskich, fabrykę kapliczek, które można spotkać na każdym kroku w Tajlandii. Jest to o tyle ciekawe, że wyroby gotowe stoją pod gołym niebem. My zaś zdecydowanie przykuwaliśmy uwagę miejscowych, chyba niewiele turystów kusi się na taką formę podróży.

 

Nie przewidzieliśmy, że zostaniemy zrobieni w ciula. Mianowicie okazało się, że to wcale nie jest dobra sytuacja, bo nie będziemy mogli przebierać w ofertach, negocjować ceny, ani czekać aż łódka będzie pełna. Co prawda prawie doszło do awantury, w wyniku której zgodzili się obniżyć nam cenę rejsu o 200THB, ale 1800THB za godzinę rejsu to chora cena, tym bardziej, że przystań końcowa jest pośrodku niczego i musisz przejść spory kawałek, jeśli chcesz wrócić linią 78 do Bangkoku. Ale o tym za chwilę.

Sam targ jest stosunkowo ciekawy, w końcu nie na co dzień można spotkać się ze sprzedażą jedzenia, czy różnych wyrobów z łódki. Sama architektura poza centrum targu też wygląda mocno nietypowo. Jednak trzeba przyznać, że jest to miejsce mocno skomercjalizowane i następnym razem będę próbował dostać się na nieco bardziej autentyczny targ, bo podobno są jeszcze takie.
Po godzinnym rejsie zostaliśmy wysadzeni pośrodku niczego i udaliśmy się drogą w kierunku miasteczka. Jakież było szczęście, gdy jakiś busiarz zatrzymał się koło nas i zaproponował dojazd do Bangkoku za cenę zbliżoną do ceny autobusu, przy czym trasę pokonał dużo szybciej i inną drogą.

Dzień 3 – nocne życie Bangkoku

Muszę się przyznać, że byliśmy niesamowicie głodni i nie mogliśmy odmówić sobie wejścia do tajskiego KFC. Różni się on niewiele od tego co znamy w Polsce. Ciekawostką w ofercie są dania z ryżem, ale mimo wszystko nie za bardzo opłaca się finansowo wchodzić do tego typu sieci. No chyba, że dostaniecie kupony, tak jak my w Chiang Mai do Burger King.
Po powrocie do hotelu i szybkim prysznicu ruszyliśmy zwiedzać dalej.
Po pierwsze Chinatown, mieliśmy tam zamiar wymienić gotówkę i faktycznie po dość dobrym kursie udało zamienić się dolary na tajskie baht-y. Kolejnym celem było po prostu zobaczenie na spokojnie tej dzielnicy, a przy okazji kupienie magnesów… I wiecie co? Nie kupiliśmy ich, bo nie mogliśmy takowych znaleźć. Mało tego znaleźliśmy magnesy z Paryża, Karaibów, Singapuru, Dubaju i ogólnie z całego świata, ale nie z Bangkoku. W sumie rok temu też miałem z tym problem, nie wiem o co chodzi.
Aczkolwiek trzeba powiedzieć, że rok wcześniej nie doceniłem tej dzielnicy, wręcz narzekałem, że jest mocno przereklamowana… No tak, bo nie wszedłem w boczne uliczki, a na każdej z nich jest nie tylko tłok, ale cała masa sklepów ze wszystkim, dosłownie ze wszystkim, poczynając od ryżu, poprzez ciuchy, meble, zabawki, na elektronice kończąc. To znaczy ze wszystkim tylko nie z magnesami z Bangkoku.

Na sam koniec poszliśmy do kilkupiętrowego, potężnego centrum handlowego o nazwie บริษัท เสือป่า พลาซ่า จำกัด. O rany czego tam nie ma, a raczej co tam jest. Cała masa sklepów modelarskich (mi się aż oczy świeciły), z zestawami LEGO i ChinaLEGO, sklepy z zabawkami, sklepy dla fanów Anime, wszelkiej maści elektronika oraz McDonald’s, w którym pokusiłem się o ciastko z nadzieniem kukurydzianym…. Oczywiście w centrum tym nie było magnesów.

Po lekkim posiłku udaliśmy się do metra, którym przejechaliśmy do dzielnicy tzw., Czerwonych latarni”, a jest to nic innego jak dzielnica prostytutek. My na początku pojechaliśmy do Soi Cowboy, ale byliśmy tam dużo za wcześniej, tak naprawdę bary dopiero się otwierały, ale był tam jeden bar, który skusił nas dwiema rzeczami, muzyką na żywo i promocją na piwo, które kosztowało 50% ceny, a to zaś była bardzo niska cena jak na alkohol w Tajlandii. Po pewnym czasie postanowiliśmy ruszyć się do innej dzielnicy, po drodze zahaczając o Burger King i tym samym zaliczając wszystkie fast-foody w jeden dzień.
Drugą dzielnicą ,,Czerwonych Latarni” była Angelwitch. Dość sporo czasu spędziliśmy tam w klubie.

Mocno zmęczeni około 23 postanowiliśmy… pójść na Nocny Market. Nie wiem co nam odwaliło, ale poszliśmy na nogach, co trwało prawie 40 minut, a to zaś oznaczało, że po wejściu mieliśmy niecałą godzinę na posilenie się, napicie się i poszukanie… magnesów, które w końcu znaleźliśmy.
Do hotelu wróciliśmy koło 2 w nocy, po prawie 22 godzinach na nogach.

Dzień 4 – Centrum Bangkoku

Obudziliśmy się z kacem ponad godzinę po planowanej pobudce, czyli koło 8 rano. Nie było nam to zbyt na rękę, bo tego dnia musieliśmy ogarnąć centrum i zdążyć na nocny autobus do Chiang Mai.
Szybko złapaliśmy taksówkę i pojechaliśmy do Świątyni Leżącego Buddy.
Pomimo tego, że nie mieliśmy zbyt wiele czasu, postanowiliśmy, że nie będziemy się spieszyć podczas zwiedzania, co pozwoliło zobaczyć wszelkie zakamarki kompleksu, zakamarki, których rok wcześniej nie miałem okazji zobaczyć, bo rok wcześniej zobaczyłem tylko główną świątynie z posągiem leżącego buddy wewnątrz. Zresztą odnośnie do posągu, nie sądziłem, że w tym roku, również wywrze on na mnie tak niesamowite wrażenie, jak rok wcześniej.

Kolejnym cennym zabytkiem, który zwiedziliśmy był dawny Pałac Królewski. Rok wcześniej odpuściłem sobie temat, ze względu na tłumy ludzi, w tym roku jednak, postanowiłem, że wejdziemy do środka. Wiele jest opinii na temat tego pałacu, skrajnych opinii. Mnie jednak pałac zachwycił bogactwem zdobień i detalami, które były na każdym kroku. Mam tylko wrażenie, że nieco się w nim pogubiłem, bo czytałem, że na zwiedzanie wypada przeznaczyć tak z 2,5-3h, a my wyrobiliśmy się w jakieś 1,5h.

Po opuszczeniu Pałacu czekał nas krótki spacer w kierunku Złotego Wzgórza. Po drodze weszliśmy do malutkiej knajpki, w której zjedliśmy obiad. W końcu Tajskie smaki, jak mi tego niewyobrażalnie brakowało.

Gdy doszliśmy do Złotego Wzgórza zaskoczył nas fakt, że chedii jest nietypowo przykryte czerwoną płachtą. Dodatkowo okazało się, że tego dnia wzgórze było czynne do późnych godzin wieczornych. Niestety nie udało mi się zdobyć informacji z czego to wynika.
W tym roku wyjście na wzgórze było nieco cięższe niż rok temu, bowiem słońce bardzo mocno grzało, ale w końcu, po pokonaniu 318 schodów pojawiliśmy się na wzgórzu. Po drodze, zgodnie z buddyjską tradycją uderzaliśmy w każdy z licznych dzwonów oraz w gong, który wydawał tak niesamowity, głęboki dźwięk.
Na górze odpoczęliśmy, jednocześnie podziwiając panoramę Bangkoku. Z tego punktu trochę uderza zróżnicowanie w Bangkoku. Z jednej strony wokół świątyni można zobaczyć bardzo biedne zabudowania mieszkalne, prawie rozlatujące się. Zaś z drugiej strony, wcale nie tak daleko od świątyni znajdują się ogromne, nowoczesne budynki z apartamentami.

Po zejściu ze wzgórza odwiedziliśmy jeszcze muzeum, które znajduje się w niewielkiej jaskini pod wzgórzem, po czym udaliśmy się do hotelu, ponownie przechodząc przez Chinatown, ale tym razem szliśmy już tylko główną ulicą.

Po powrocie do hotelu i szybkim prysznicu, wymeldowaliśmy się, złapaliśmy taksówkę i pojechaliśmy na dworzec autobusowy, skąd odjeżdżał nasz autobus do Chiang Mai. Na dworcu byliśmy sporo przed czasem, co pozwoliło na posiłek w dworcowym food-court…. No szału nie było tak prawdę mówiąc.
Za to szał był, gdy podjechał nasz autokar. Ze względu na niewielką różnicę cen (jakieś 5USD), postanowiliśmy, że do Chiang Mai pojedziemy autokarem klasy VIP-24. Autokar ten mieści zaledwie 24 osoby, każdy posiada system rozrywki pokładowej, otrzymuje darmowe przekąski, ale dla mnie najważniejszym był fakt, że fotele rozkładają się prawie do pozycji leżącej, a możliwość wygodnego wyspania się była dla mnie bardzo istotna, bo zaraz etap związany ze zwiedzaniem północnej części Tajlandii który miał być dość intensywny, a zwiedzanie zaczynało się tuż po przyjeździe do tego miasta.

Jeżeli chodzi o Bangkok, to wrócimy tutaj jeszcze za parę dni, ale jeżeli Twój plan podróży zakłada tylko tą część Tajlandii, to zapraszam do artykułu związanego z atrakcjami w Bangkoku.

Dzień 5 – Doi Suthep i Doi Pui.

Po przyjeździe do Chiang Mai i przetransportowaniu do hotelu, okazało się, że mam więcej szczęścia niż rozumu. Rozum podpowiadał, że wypadałoby zarezerwować pokój dzień wcześniej i poinformować, że będziemy koło 7 rano… Ale tego nie zrobiłem, więc zakładałem, że zostawimy plecaki i pójdziemy na zwiedzanie, a dopiero po powrocie z miasta zameldujemy się w hotelu. Gdy recepcja hotelu The Corner Inn otworzyła się, miła Pani poinformowała nas, że… nasz pokój jest już wolny i możemy się zameldować bez dodatkowych opłat. Chwała jej za to, zresztą nie tylko za to, bo okazała się naprawdę sympatyczną osobą i bardzo nam pomogła w kilku kwestiach związanych ze zwiedzaniem.

Po zrzuceniu plecaków ruszyliśmy na zwiedzanie. Na dobry początek śniadanie w 7eleven, później zgoda na to, żeby nas Tuk-Tukarz zrobił w konia i zamiast podrzucić nas na Doi Suthep, podrzucił nas na przystanek, z którego odjeżdżają ,,czerwone busy” w kierunku tegoż wzgórza, wyjazd krętą drogą i już byliśmy na pierwszej atrakcji tego dnia, czyli Wat Doi Suthep. I znowu te schody, tym razem 306, ale na szczęście całe zacienione, więc dało się w miarę komfortowo podejść.  Ciekawostką jest, że na schodach można spotkać, hmm, może dziwnie to zabrzmi, ale takie słodkie dzieciaczki w lokalnych strojach, które zachęcają do wspólnego zdjęcia. Całe szczęście, że się w porę połapaliśmy, że za takie zdjęcie (nawet samych dzieci) pobierana jest opłata. No cóż każdy orze jak może.

Sama świątynia razi złotem i to dosłownie, więc znów nie każdemu coś takiego będzie się podobało. My trafiliśmy tutaj w dzień rozpoczęcia święta Loy Krathong, także w samej świątyni odbywały się różne buddyjskie rytuały. To wszystko tworzyło niesamowitą atmosferę, którą ciężko opisać w artykule, to trzeba przeżyć.

Po wyjściu ze świątyni złapaliśmy kolejnego busa, którym podjechaliśmy do Bhubing Palace, z tym, że naszym celem tym razem nie było zwiedzanie, a wejście na szlak, który prowadził na szczyt Doi Pui. A ponieważ takowego nie znaleźliśmy to poszliśmy wzdłuż drogi.
Trzeba przyznać, że trekking po dżungli to świetne przeżycie, zupełnie inne dźwięki, zupełnie inny zapach, zupełnie inny klimat niż nasze polskie lasy. Choć też nie ma co ukrywać, że samo Doi Pui to nie jest jakiś wybitny szczyt. Wznosi się on na wysokość 1600m npm no i jest w lesie. Ale że akurat cała nasza trójka lubi góry, to stwierdziliśmy, że czemu nie. Schodząc z góry znaleźliśmy właściwy szlak, mijając przy tym po drodze ruiny świątyni. No i cóż, tutaj polskie szlaki wypadają dużo lepiej, zarówno pod względem utrzymania jak i oznaczeń.

Po zejściu z powrotem do Bhubing Palace złapaliśmy busa, natomiast przez barierę językową dojechaliśmy nie do centrum miasta, a do głównego Uniwersytetu w Chiang Mai… Ale sam zjazd ze wzgórza to wariactwo. Lokalni nie za bardzo rozumieją o co chodzi w ograniczeniach prędkości i w pasach ruchu, że o lewostronnym ruchu nie wspomnę, także ścinanie zakrętów i wyprzedzanie w dziwnych miejscach zdecydowanie nas rozbudziło.

Dzień 5 – Niedzielny Market i Loy Krathong część 1.

Gdy dotarliśmy z powrotem do hotelu ogarnęliśmy się, po czym wyszliśmy ponownie na miasto. Tym razem dzięki uprzejmości Pani z hotelu trafiliśmy na niedzielny market, gdzie można bardzo tanio i smacznie zjeść (Pad Thai za 2PLN, sushi za 1-2PLN za kawałek), kupić wszystko od najtańszych ,,badziewi” do dzieł sztuki, a także skorzystać z masażu.

W międzyczasie, w innej części miasta odbywała się uroczystość rozpoczęcia najpiękniejszego festiwalu świata, Loy Krathong, na myśl o którym do tej pory mam ciarki. W momencie otwarcia ceremonii w całym Chiang Mai rozbrzmiał hymn Królestwa Tajlandii. Miasto na te parę sekund (hymn jest bardzo krótki) zamarło. Po czym wszystko wróciło do normy, ale nie wszędzie i nie na długo. W centrum zaczęły się obchody święta, w świątyniach odbywały się uroczystości, w różnych punktach różne wydarzenia towarzyszące, takie jak wybór Miss, Junior Miss.
Tymczasem my szybko zaczęliśmy iść w kierunku Tha Phae Gate. Przy bramie tej wkrótce miała zacząć się parada/procesja, niezwykle kolorowa z niesamowitymi rekwizytami. Więcej o tym przeczytasz, a raczej zobaczysz w tym artykule.

Dzień 6 – Rezerwat słoni

Zapewne wielu z Was marzy o tym, by chociaż przez chwilę ,,zaopiekować się” słoniami, prawda? Tego typu atrakcje czekają na Was w rezerwatach dla słoni. Przy czym  warto wspomnieć o tym, że nie każdy rezerwat słoni w Tajlandii jest pełnoprawnym rezerwatem. Szczegóły na ten temat opisywałem w osobnym artykule, więc jeśli interesuje Cię ta tematyka, to zapraszam do przeczytania.
My wybraliśmy rezerwat Karon Elephant Experiance.
Nasz kierowca podjechał wczesnym porankiem pod hotel. Jechaliśmy z niewielką grupą, było nas dziesięć osób, w tym połowa to byli Polacy. Tak to nie żart, nas była trójka, a na końcu busa siedziała para, o czym dowiedzieliśmy się podczas krótkiej przerwy w drodze.
Ogólnie początek drogi był nudny i po krótkim filmiku związanym z bezpieczeństwem w rezerwacie dla słoni oraz historii rezerwatu opowiedzianego przez naszego kierowcę, wszyscy postanowili pójść spać.
Gdy tylko wjechaliśmy na górską drogę wszyscy się obudzi, oj było kręto, a jakby mało, to ja sobie tak siadłem, że z lewej strony nie miałem, jak się zaprzeć kolanem, toteż kilka razy tyłek zjechał z fotela, mimo zapiętych pasów bezpieczeństwa.

Po dwóch godzinach jazdy dotarliśmy do rezerwatu dla słoni, gdzie dostaliśmy ,,wyjściowe wdzianka” i zaczęliśmy atrakcje numer jeden, którą było karmienie słoni oraz wspólne zdjęcia. Standardowo największym żebrakiem i jednocześnie słodziakiem był najmniejszy zwierzak w stadzie. Okazało się, że mimo, że jest młody to nim trafił do rezerwatu, to był wykorzystywany do ciężkich prac.
Po karmieniu przyszedł czas na trekking, wszyscy byli nim mocno zainteresowani… wszyscy oprócz słoni, którym nie specjalnie chciało się iść na spacer, toteż decyzją opiekunów słoni, wróciliśmy ze zwierzakami do wioski na Lunch, po którym nastąpiła sjesta. Lunch był w formie szwedzkiego stołu, co prawda może wybór nie był jakiś powalający, ale było bardzo smacznie, a świeże owoce po prostu miażdżyły kubki smakowe.

Po sjeście ruszyliśmy w stronę bajorka, w którym czekały już słonie. Podobno taplanie i masowanie ich w błocie, należy do tych czynności, które te słonie uwielbiają. Tak więc każdy z nas zaczął okładać słonie błotem, a następnie je masować. Pierwszy raz w życiu miałem okazję poczuć strukturę skóry słonia, dotknąć go, niezapomniane przeżycie.

Na sam koniec poszliśmy do niedalekiej rzeczki, w której to mieliśmy umyć słonie z tego błota. Zatem każdy dostał miskę i zaczęło się chlapanie słoni na całego… Tylko nie przewidzieli jednego… My Polacy chyba nie do końca zrozumieliśmy intencje i momentalnie zaczęliśmy oblewać również siebie nawzajem. A jako że połowa wycieczki to byli Polacy, to pomysł podchwyciła również cała reszta ekipy. Śmiechu było co niemiara. No i jeszcze karmienie słoników w wodzie, to było piękne. No i słonie wyglądały też na mocno zadowolone.

Gdy wróciliśmy do wioski mieliśmy chwilę czasu na prysznic, po czym rozpoczęliśmy drogę powrotną do Chiang Mai. Najpierw drogą utwardzoną, to znaczy ,,utwardzoną”, ale zdecydowanie nie równą, później busem krętą drogą górską, a później znów drogą główną, podczas której wszyscy spali.

Przy okazji, jeżeli wspomniana para trafi na ten artykuł to serdecznie pozdrawiam (wycieczka całodniowa do Karen Elephant Experiance w dniu 11.11.2019)

Dzień 6 – Loy Krathong cz. 2 i Night Market

Po powrocie do hotelu znów mieliśmy czas wyłącznie na szybki prysznic, po czym ruszyliśmy na festiwal Loy Krathong. Tym razem dzięki temu, że dostaliśmy dobrą radę od naszej Pani recepcjonistki, udaliśmy się w kierunku mostu nad rzeką Ping. Już idąc na most było tłoczno, na moście był już tłum, a wśród tłumu Policjant, który próbował udrożnić ruch samochodowy, co oczywiście nie miało prawa zostać wykonane w jakikolwiek sposób.

Po godzinie 19:00 zaczęło się prawdziwe święto. Dziesiątki tysięcy lampionów zostało wypuszczone w górę, dziesiątki tysięcy łódek zostały spławione w dół rzeki Ping. Towarzyszyła temu radość, zabawa i… zagrożenie, że ktoś nie umiejący wypuścić lampionu w górę, może ranić nim ludzi. Jednak miejscowi szybko zauważali te błędy i próbowali ratować sytuację.

Po dłuższej chwili spędzonej na moście, stwierdziliśmy, że czas się zbierać, bo jak ino zaburczało mi w brzuchu, tak jeszcze kilka dni później ziemia w Laosie się zatrzęsła. No i tutaj stanęliśmy przed poważnym problemem jakim było opuszczenie tego miejsca. Mimo, że nikt z naszej trójki nie należy do osób drobnych, to mieliśmy problem z przebiciem się. Dopiero technika, która polegała na przyczepieniu się do ,,tyłka” samochodu, pozwoliła nam w miarę sprawnie opuścić najbardziej zatłoczony teren.

Naszym kolejnym celem był Night Bazar, na którym chcieliśmy kupić magnesy, może jakieś pamiątki, no i coś zjeść. No i faktycznie ten trzeci punkt został spełniony, całkiem smacznie pojedliśmy, ale… standardowo nie natrafiliśmy na żadne sensowne magnesy z Chiang Mai. O zgrozo z tymi magnesami, przysięgam, jak ktoś mi powie, że mam mu szukać magnesów w Tajlandii, to mu przywiozę suszonego Duriana.
Na sam koniec kupiliśmy odpowiedni prowiant na wieczór, bowiem wiedzieliśmy, że z dachu hotelu czeka nas przepiękny spektakl, związany z ogromną liczbą lampionów w powietrzu. Nie zawiedliśmy się.

Dzień 7 – Chiang Rai

Kolejny dzień zaczęliśmy znów wcześnie rano. Zaraz po wyjściu z hotelu złapaliśmy busa, który podrzucił nas na dworzec autobusowy z którego mieliśmy jechać do Chiang Rai. Ponieważ mieliśmy jakieś 40min zapasu, postanowiliśmy zjeść śniadanie w 7eleven. Autokar do Chiang Rai nie miał już tych ,,fajerwerków” co autokar z Bangkoku do Chiang Mai, no ale z drugiej strony nie jest to potrzebne na trzygodzinną podróż. Podróż, która odbywa się przez góry, zatem widoki zapewne są dosyć ciekawe, ale mój organizm postanowił, że jego te widoki nie obchodzą i on chce spać. No to poszedłem spać.
Dzięki uprzejmości kierowcy, autokar zatrzymał się tuż pod pierwszą atrakcją, którą była Biała Świątynia. Zresztą warto dodać, że steward tuż przed przystankiem podszedł do nas, informując, że dojeżdżamy. I tak zachował się również do lokalsa, który wysiadał parę miejscowości wcześniej, także to chyba takie standardy.
Nie będę tutaj rozpisywał się o świątyniach, bo na ten temat powstał już artykuł, do którego przeczytania serdecznie zapraszam.
Mnie osobiście ta świątynia się podobała, zwłaszcza gra światła i kolorów robiła tutaj niesamowitą robotę. Jednak wcale nie dziwię się temu, że wokół niej krąży cała masa kontrowersji.

Po wizycie w świątyni złapaliśmy lokalnego busa do centrum Chiang Rai. Coś nam odwaliło na maksa, nie mam pojęcia co, ale to było mocno głupie, bowiem postanowiliśmy przejść 4 kilometry, które dzielą centrum od Niebieskiej Świątyni, w pełnym słońcu i temperaturze z rzędu 35 stopni w cieniu. Wybitnie to było mądre, ale przy okazji zwiedziliśmy trochę centrum.
Niebieska Świątynia to moim zdaniem najpiękniejsza świątynia buddyjska, którą widziałem do tej pory. Znów niesamowita gra kolorów i światła, do tego wspaniałe malowidła w całej świątyni i biały posąg buddy na tle niebieskiego koloru, który był wokół. Robiło to nieprawdopodobne wrażenie. Miało to w sobie jakąś taką moc, która powodowała, że nie miałem ochoty wychodzić ze świątyni… a może to ta klimatyzacja.

Gdy zwiedziliśmy świątynię próbowaliśmy złapać jakiś transport do centrum. Na początku
wpadł pomysł by jechać Tuk-Tukiem, ale gdy usłyszeliśmy cenę to zwątpiliśmy. Z kolei, gdy usłyszeliśmy, że nie złapiemy nic innego z tego miejsca do centrum, to już wiedzieliśmy, że trzeba iść do głównej drogi, skąd z pewnością w parę minut coś złapiemy. Jak stwierdziliśmy, tak zrobiliśmy i tak też w niecałe dwie minuty złapaliśmy busa. I to poza przystankiem. Tak w Tajlandii tak można.
Korzystając z faktu, że mieliśmy jeszcze sporo czasu do autokaru (ale nie na tyle, by oddalić się jeszcze bardziej od centrum do tzw,,, Czarnego Domu”), postanowiliśmy znów przejść się po centrum. Zobaczyliśmy wieżę zegarową, drewnianą świątynie buddyjską (to rzadkość, żeby w Tajlandii używany był ten materiał do budowy świątyni), podglądaliśmy życie na boisku szkolnym, nawet przez chwilę mieliśmy ochotę zjeść coś, co jedzą dzieciaki, a co znajdowało się w garkuchniach koło szkoły. No tyle, że problem był taki, że nie mieliśmy pojęcia co to, chociaż może to nie problem, ale przede wszystkim problemem była bariera językowa. Cóż skończyliśmy w knajpie.

Po powrocie do Chiang Mai odczuliśmy na własnej skórze jak Loy Krathong paraliżuje ruch w mieście, bowiem po wejściu do busa… zostaliśmy wysadzeni kilometr dalej, gdyż tego dnia już wszystkie mosty w Chiang Mai były zablokowane. Oczywiście kierowca chciał, byśmy zapłacili pełną kwotę za przejazd, za co usłyszał pewne, miłe,  polskie słowo na, dostał po 10THB od osoby i musiał się z tym pogodzić. Nie zrobiliśmy tego od tak, chwilę wcześniej tyle samo, za nieco mniejszy odcinek zapłacili mu lokalsi.

Tego dnia byłem już tak zmęczony, że nie pamiętam co robiłem po powrocie do hotelu. Prawdopodobnie padłem trupem.

Dzień 8 – Doi Inthanon i ciekawy wieczór.

Powiem tak, nie będę się ponownie rozpisywał na temat najwyższego szczytu w Tajlandii. Jeżeli interesuje Cię ta tematyka, to zapraszam do osobnego artykułu.

 

Natomiast na uwagę zasługuje wieczór. Tego dnia postanowiliśmy przejść się wieczorem po centrum, tak na luzie, bez tłumów ludzi zobaczyć, jak wygląda i ogólnie połazić bez celu, bez planu. Był to bowiem pierwszy wieczór po zakończeniu oficjalnych obchodów Loy Krathong.
Gdy zbieraliśmy się do hotelu, standardowo wstąpiliśmy do 7eleven, gdzie zaczepiły nas dwie Panie. Dokładnie to dwie Polki. Chwilę pogadaliśmy, skończyliśmy zakupy, a gdy jeden z naszych połapał się, że idą one w kierunku naszego hotelu to szybko je dogoniliśmy i coś zagadaliśmy. Jak się okazało to dwie dziewczyny, obie podróżujące na własną rękę, bez większego celu, innymi słowy backpacerki, które spotkały się przypadkowo w Tajlandii. Rozmowa tak dobrze się potoczyła, że skończyliśmy na małej posiadówce na dachu naszego hotelu. Strasznie lubię takie przypadkowe spotkania, zwłaszcza z osobami tak otwartymi, bo często zdarza się tak, że gdy powiesz komuś za granicą ,,dzień dobry” to ten może nawet nie odburknąć. No i wiecie, wiadomo, w krajach ościennych to jeszcze rozumiem, w Europie, no przyjmijmy, ale żeby na innym kontynencie tak do siebie, to nie rozumiem.
W każdym razie, dziewczyny, jeżeli to czytacie, to serdecznie pozdrawiam.

Dzień 9 – Centrum Chiang Mai i pożegnanie z północną Tajlandią.

Ostatni dzień w Chiang Mai mieliśmy przeznaczony na zwiedzanie centrum miasteczka. Centrum nie jest duże, dlatego pozwoliliśmy sobie nieco dłużej pospać i z hotelu wyszliśmy dopiero koło 9 rano. Po szybkim zlokalizowaniu atrakcji na mapie, postanowiliśmy stworzyć sobie optymalną ścieżkę zwiedzania, tak by zwiedzić to w miarę sprawnie, mając z tyłu głowy, że za 9 godzin odjeżdża nasz pociąg.
Zwiedzając świątynie trzeba było przyznać, że mają niemały rozmach, przykładowo Wat Phra Singh mogłaby spokojnie rywalizować ze świątyniami z Bangkoku, zarówno pod względem przepychu jak i dbałości o detale. Chociaż i tak największe wrażenie zrobiły na mnie figury mnichów, które były wykonane z wosku. Dokładność wykonania tych figur była niezwykła. Do tego stopnia, że było widać ich żyły, a nawet delikatne blizny. Z kolei Wat Chedi Luang bardzo mocno przypominał mi świątynie w Ayutthaya. Najstarsza świątynia w Chiang Mai, czyli Wat Chiang Man wyróżniała się licznymi malowidłami na ścianach.

W przerwie między zwiedzaniem świątyń, postanowiliśmy odpocząć sobie w parku. Do tej pory uważam, że jest to najładniejszy park miejski, w którym byłem w Tajlandii. Smaczku dodał fakt, że można było karmić rybki. Ale nie byle czym, tylko karmą kupioną w budce, która znajdowała się tuż koło stawu. Zdecydowanie pochwalam takie podejście.

 

Ogólnie ścisłe centrum Chiang Mai, nie przypomina typowego centrum dużego miasta. Nie spotkacie tam wysokiej zabudowy, nie spotkacie tam gęstej zabudowy jak w Bangkoku (przynajmniej nie wszędzie). Czasami w tym centrum można się poczuć, jak na jakieś ładnej europejskiej wsi. Wąskie drogi, niewielkie zabudowania, dużo zieleni, zapach kwiatów, śpiew ptaków.

Gdy skończyliśmy zwiedzać centrum, postanowiliśmy poszukać jakiś pamiątek. Znaleźliśmy przepiękne kartki pocztowe, ja kupiłem sobie lekkie, przewiewne długie spodnie (bardzo przydatne w gorącym klimacie, bo złożone spodnie mieszczą się w dłoni, a wchodząc do świątyń można je bardzo szybko założyć, bez ryzyka, że człowiek się ugotuje) i po długich poszukiwaniach w końcu kupiliśmy magnesy. Nie były one może jakoś wybitnie ładne, no ale najważniejsze, że je znaleźliśmy.

Nasza przygoda w północnej części Tajlandii dobiegła końca. Jeżeli interesują Cię atrakcje w tej części, zebrane w jednym, zwięzłym artykule, to zapraszam do kliknięcia.

Po powrocie do hotelu wzięliśmy szybki prysznic, spakowaliśmy się, poszliśmy coś zjeść do pobliskiej knajpki i złapaliśmy busa na dworzec kolejowy.
Punktualnie o 17:00 ruszyliśmy nocnym pociągiem do Ayutthaya.
Jeżeli przyjąć, że istnieją trzy klasy pociągów nocnych kursujących między Chiang Mai, a Bangkokiem, to my wybraliśmy pociąg średniej klasy. Co nie zmienia faktu, że było całkiem wygodnie. Wagony z lat 80 ubiegłego wieku, posiadające bardzo dobrze działającą klimatyzację. Jechaliśmy w wagonie typu platzkarta, jest to otwarty wagon (bez przedziałów) z miejscami do siedzenia, które po godzinie 19:00 obsługa pociągu zmienia w całkiem wygodne łóżka.
Sam pociąg jest wzorem, jak powinien wyglądać pociąg nocny. W składzie był wagon bagażowy, wagony sypialne, Platzkarty i wagon restauracyjny, który co prawda zamykał się późnym wieczorem, ale wcześniej można było zamówić jedzonko, które można było zjeść w wagonie restauracyjnym lub poprosić o dostarczenie do swojego miejsca. Dla porównania, rok temu jechałem TLK Ustronie łączącym Przemyśl z Kołobrzegiem i Helem (tak było w 2019 roku). Na najdłuższej trasie w Polsce skład liczył 15 wagonów, w tym jeden sypialny, jedna kuszetka (to znaczy zdeklasowany wagon sypialny). Reszta wagonów to wagony pierwszej i drugiej klasy.

Dzień 10 – Ayutthaya i wieczór w Bangkoku

Do byłej stolicy Tajlandii dojechaliśmy z opóźnieniem 45min, około 5 nad ranem. Opóźnienia pociągów są standardem w Tajlandii i trzeba brać to pod uwagę przy planowaniu podróży. Nam to akurat bardzo pasowało, bo wiedzieliśmy, że co najmniej do 7 rano musimy siedzieć na dworcu kolejowym. Wcześniejsze zwiedzanie mija się z celem, bowiem świątynie, a raczej ruiny świątyń są wtedy zamknięte.
Lokalsi bardzo szybko się nami zainteresowali. W szczególności jeden krążył cały czas wokół nas. Ja już wiedziałem co to oznacza, a po godzinie potwierdziło się to co sądziłem. ,,Tuk tuk? Good price”. No okazało się, że z tym good price to troszkę za dużo powiedziane, ale ostatecznie po miłej rozmowie udało się obniżyć cenę trzygodzinnej wycieczki do ceny rozsądnej. Umówiliśmy się, że rozpoczniemy wycieczkę o 7:30, a wcześniej skoczymy do 7eleven na śniadanie. W międzyczasie pewien bezdomny pies, zaczął się nami bardzo interesować. Nie tylko towarzyszył nam w spacerze do sklepu, ale także wsiadł do Tuk-tuka, za co został okrzyczany przez właściciela pojazdu. Przy okazji okazało się, że za jakąś śmieszną opłatę możemy zostawić bagaże w przechowalni na dworcu. To była dobra wiadomość.

W tym artykule nie będę się rozpisywał o zwiedzaniu świątyń, bo powstały już dwa artykuły o tej tematyce. Jeśli interesuje Cię ta kwestia, to zapraszam.

Po zakończeniu zwiedzania świątyń mieliśmy jeszcze dość sporo czasu na pociąg do Bangkoku. Kupiliśmy więc bilety na przejazd w wagonie trzeciej klasy, a następnie poszliśmy coś zjeść. Była to dobra decyzja, bo popołudniowo-wieczorny plan atrakcji w Bangkoku był mocno napięty, a co gorsza pociąg przyjechał do Bangkoku ze sporym opóźnieniem.

Po przyjeździe do Bangkoku, bardzo szybko przeszliśmy do hotelu (ten sam, co poprzednio), zdążyliśmy się tylko zameldować i szybkim krokiem udaliśmy się w kierunku budynku ,,Mahanakhon”. Jest to najwyższy budynek w Tajlandii. Przy wejściu do budynku byliśmy parę minut przed planowanym wejściem, które ustaliliśmy kupując bilety jeszcze w Polsce. Uff, zdążyliśmy.
Teraz pozostał jeszcze wyjazd windą na wysokość ponad 300 metrów. Ostatnie piętro budynku to luksusowa restauracja, ale najciekawsze znajduje się na dachu. Bowiem znajduje się tam taras widokowy, ale nie byle jaki, bo część tego tarasu jest nieco wysunięta poza krawędź budynku, a dodatkowo podłoga w tej części jest zrobiona z wytrzymałego szkła, na które oczywiście weszliśmy. Oj nogi były przez chwilę miękkie. Na dachu znajduje się również bar, ale mnie bardziej interesowało fotografowanie miasta, a także zachodu słońca.

Po zjeździe na dół udaliśmy się do River City. Czekała nas tam ostatnia atrakcja tego dnia. Rejs z kolacją. I szczerze mówiąc, nie chce mi się na ten temat rozpisywać, bo była to droga, mocno skomercjalizowana atrakcja, która absolutnie niczym nie zachwyciła. Opóźnienie wypłynięcia w rejs wyniosło 1,5h, przy czym rejs skończył się 30min po czasie, czyli tak naprawdę płynęliśmy godzinę krócej niż powinniśmy. Jedzenie raczej nie robiło szału, a biorąc pod uwagę cenę rejsu, to moglibyśmy mieć całą masę smaczniejszego jedzenia w lokalnej knajpie. No i jeszcze ta prezentacja ladyboy. Dziękuję dobranoc.

Dzień 11 – przelot na Phuket

Ostatnim etapem naszej podróży była wyspa Phuket. Naszym celem nie było jej eksplorowanie, tylko kilkudniowy odpoczynek.
Zebraliśmy się rano z hotelu i udaliśmy się do metra, następnie do kolejki jadącej na lotnisko. Krajowa część terminala w Bangkoku świeci pustkami w porównaniu do międzynarodowej części lotniska. A to w sumie nawet dobrze, bo było tutaj bardzo spokojnie. Po dwóch godzinach lotu AirAsia dolecieliśmy na Phuket. Niesamowite wrażenie zrobiło na mnie podejście do lądowanie, bowiem próg pasa startowego znajduje się parę metrów od morza.

Po przylocie, sprawnie odebraliśmy plecaki i pojechaliśmy do autobusem do hotelu. Nasz hotel znajdował się między dwiema pięknymi plażami – Karon Beach i Kata Beach. Dodatkowym atutem tego miejsca jest fakt, że jest tutaj w miarę spokojnie. Minusem to, że przejazd z lotniska trwa dwie godziny.
Z drugiej strony ten przejazd jest dość ciekawy, bo autokar, który jedzie zachodnim wybrzeżem wyspy Phuket, między miejscowościami musi przebijać się przez niemałe wzgórza. Także widoki całkiem niezłe.
Hotel The Little Mermaid Guesthouse & Restaurant, w którym zatrzymaliśmy się był pierwszym hotelem, w którym nie mieliśmy wspólnego pokoju, ale na całe szczęście był taras.
Po zameldowaniu udaliśmy się na plażę Kata Noi na zachód słońca. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że nie będzie tutaj już tak tanio jak w Chiang Mai, a lepszym sposobem na porozumiewanie się będzie łamany rosyjski z domieszką polskiego, niż język angielski. Serio, jest to pierwsze miejsce w Tajlandii, w którym wszelkie napisy były w języku Tajskim, Rosyjskim, Angielskim, rzadziej Chińskim.

Dzień 12, 13, 14 – relaks

Nie ma najmniejszego sensu, bym rozdzielał te dni. Każdy wyglądał podobnie, przynajmniej dla mnie, bo chłopacy raz pojechali zwiedzić cypel wyspy. Ja tymczasem kilka godzin dziennie spędzałem pływając w morzu. Najwięcej podwodnych atrakcji oferowała Kata Beach, konkretnie jej południowa część. Pod wodą, zwłaszcza po oddaleniu się jakieś 100 metrów od plaży, roiło się od wszelkiej maści zwierzaków. Rozgwiazdy, mureny, ośmiornice, jeżowce, rozdymki, a nawet szkaradnice. No i cała masa różnych rybek, których nie potrafiłem zidentyfikować. Zdziwił mnie fakt, że nie było meduz, ale to nawet dobrze.

Popołudniami szukaliśmy czegoś do zjedzenia za rozsądną cenę. Do tego stopnia, że raz trafiliśmy do knajpy zlokalizowanej… w garażu. A na deser zajadaliśmy się przepysznymi owocami.
Stopniowo robiliśmy też zakupy do Polski, w tym smakołyki, pamiątki (na Phuket już nie było problemu z magnesami).
W ostatni, pełny dzień pobytu na Phuket, wynajęliśmy sobie również kajak, by popływać przez chwilę po morzu. I mieliśmy sporo szczęścia, bo przez cały czas kręciła się wokół nas burza, no ale uniknęliśmy jej.

Dzień 15 i 16 – powrót do Krakowa

Ostatni dzień pobytu w Tajlandii planowaliśmy spędzić chwilę na plaży, a następnie powoli udawać się w kierunku lotniska. Niestety po poprzednim dniu mój ogranizm powiedział wprost ,,Ty nigdzie nie wychodzisz, gdzie nie ma klimatyzacji”. Słońce i kilkugodzinne pływanie dało mi w kość. Zatem powoli zacząłem się pakować i około 12 wymeldowaliśmy się z hotelu.
Nasz przejazd na lotnisko trwał nieco szybciej. Otóż okazało się, że przypadkiem złapaliśmy inny autobus niż powinniśmy (nawet o tym nie wiedzieliśmy, dopóki nie dojechaliśmy na lotnisko). Autokar ten jechał inną trasą, ale cena była taka sama, a przy tym komfort dużo wyższy.
Czy wrócę na Phuket? Nie wiem, wątpię, brakowało mi tam takiego tajskiego klimatu, który dało się odczuć czy to w Bangkoku czy w Chiang Mai.

Punktualnie o 21:30 wystartowaliśmy do Dohy, w której mieliśmy cztery godziny na przesiadkę, a około 6 rano byliśmy w Warszawie. Teraz jeszcze tylko ,,pożywne” śniadanie w McDonald’s i powrót do Krakowa, tym razem pociągiem klasy TLK.

W tym miejscu chciałbym podziękować moim współtowarzyszą tej podróży, czyli Bykowi i Ziarkowi. Było wspaniale.
Również chciałbym serdecznie podziękować Ziarkowi za możliwość udostępnienia niektórych z jego zdjęć.

Koszt wyjazdu:

Jak wspomniałem koszt wyjazdu nie był niski.

  1. Przelot: 2000PLN w obie strony
  2. Bilety kolejowe w Polsce: 150PLN w obie strony
  3. Autokar z Bangkoku do Chiang Mai: 120PLN
  4. Autokar z Chiang Mai do Chiang Rai: 60PLN w obie strony
  5. Pociąg z Chiang Mai do Ayutthaya: 100PLN
  6. Pociąg z Ayutthaya do Bangkoku: 1,5PLN
  7. Przelot z Bangkoku na Phuket: 170PLN
  8. Dojazd z lotniska w Bangkoku do centrum: 20PLN w jedną stronę
  9. Przejazd z lotniska na Phuket do Kata Beach: 24PLN w jedną stronę
  10. Hotel w Bangkoku: 93PLN
  11. Hotel w Chiang Mai: 128PLN
  12. Hotel na Phuket: 159PLN
  13. Atrakcje w Bangkoku: 335PLN
  14. Atrakcje w Chiang Mai: 410PLN
  15. Atrakcje na Phuket: 20PLN
  16. Atrakcje w Ayutthaya: 35PLN
  17. Dwutygodniowe wydatki na swoje potrzeby (w moim przypadku): 1000PLN

Łącznie za wyjazd wyszło około 4,8tys PLN.

Oczywiście dałoby się taniej, dałoby się dużo taniej, jednak nie żałuję ani grosza wydanego w Tajlandii, bo naprawdę było warto… No prawie.

Co bym zmienił:

  1. Nie jechałbym na pływający targ na własną rękę, tylko wykupiłbym wycieczkę zorganizowaną, wraz z zobaczeniem targu kolejowego. Jest to niewielka różnica cenowa.
  2. Absolutnie nigdy więcej nie popłynąłbym w rejs z kolacją. Gdybym z tego zrezygnował oszczędziłbym 125PLN, a w Tajlandii to bardzo dużo.
  3. Wydłużyłbym wynajem Tuk-Tuka w Ayutthaya co najmniej o godzinę, może nawet dwie.
  4. W miarę możliwości wydłużyłbym pobyt w Chiang Mai co najmniej o trzy dni, by zobaczyć miasteczko Pai, świątynie Wat Chaloem Phra Kiat oraz wodospady Bua Tong.

Świat widziany oczami Krzysztofa Staszkiewicza

%d blogerów lubi to: