Festiwal Loy Krathong w Chiang Mai

Tajski festiwal Loy Krathong, jest to festiwal, który odbywa się co roku, w listopadzie w Tajlandii. Według niektórych źródeł, jest to jeden z najpiękniejszych festiwali na świecie.
Dzisiaj zapraszam do krótkiego reportażu z tego wydarzenia, a dokładnie z Chiang Mai, gdzie podobno odbywają się najpiękniejsze obchody tego festiwalu.

Dzień pierwszy

Festiwal Loy Krathong jest świętem ruchomym, a jego obchody rozpoczynają się podczas pełni księżyca, w dwunastym miesiącu kalendarza tajskiego.
Oficjalne obchody zaczynają się pod wieczór, ale już od rana czuć pewną atmosferę w mieście. W świątyniach odbywają się różne uroczystości, ulice przystrojone są lampionami, na ulicach sprzedawane są Krathongi jak i Khom Loi. Ludzie nucą sobie ,,hymn” festiwalu, a od około południa sam ten ,,hymn” jest puszczany w miejskim radiowęźle.

Wieczorem na rozpoczęcie festiwalu z radiowęzła wybrzmiał hymn Tajlandii. My akurat byliśmy na niedzielnym targu i możecie mi wierzyć lub nie, ale w tym momencie, na tą krótką chwilę, całe życie na nim wymarło.

Następnie przy bramie miejskiej ,,Tha Phae Gate” odbywa się oficjalne rozpoczęcie festiwalu. My akurat odpuściliśmy ten temat, gdyż po prostu nie zdążyliśmy tam dojść.
Jednocześnie w Chiang Mai zaczęły się różne obchody tego festiwalu, między innymi liczne koncerty, pokazy mody, wybory Miss festiwalu itd.

Najważniejszym momentem tego dnia była barwna, ogromna procesja, która ruszyła spod bramy ,,Tha Phae Gate”.
Procesja jest też konkursem szkół, otóż wybierana jest szkoła, która zrobiła najpiękniejszy jeżdżący ,,Krathong”. Skutkiem takiego obrotu sprawy jest to, że te każdy z tych ,,Krathongów” to swoiste dzieło sztuki.

Dzień drugi i trzeci

Tego dnia zamykane jest lotnisko w Chiang Mai, od teraz można oficjalnie wypuszczać latarnie, zwane Khom Loi. Przez cały dzień w świątyniach odbywają się uroczystości, ale najpiękniejsze czeka na nas wieczorem.
Około godziny 18-19:00 na ulice wychodzą tłumy ludzi, śmiało można liczyć ich w dziesiątkach tysięcy, bo warto zaznaczyć, że niektórzy Tajowie i turyści specjalnie przyjeżdżają na to święto do Chiang Mai, hotele są wypełnione po brzegi, a bilety na pociąg trzeba kupować trzy miesiące wcześniej.
Ale wróćmy do tematu. Głównym celem, do którego zmierzają te tłumy jest rzeka Ping.
Gdy doszliśmy na most, z którego zamierzaliśmy przyglądać się całemu ,,spektaklowi”, okazało się, że na moście są już tłumy, ale jeszcze udało nam się znaleźć dogodne miejsce do podziwiania całego wydarzenia.
I oto się stało, coś na co wszyscy czekali, parę minut po 19:00 setki tysięcy Khom Loi zaczęły być wypuszczane do góry, a rzeką zaczęły spływać Krathongi.
Założenie jest takie, że Krathongi, czyli malutkie tratwy, zrobione z liści bananowców, ozdobione kwiatami, świeczkami i kadzidełkami, ,,zabierają na pokład” wszelkie nieszczęścia i problemy osób, które je spławiają w dół rzeki.
Z kolei na latarniach Khom Loi wypisywane są prośby do Buddy. Istnieje przesąd, który mówi, że jeżeli latarnia spadnie nim się wypali (według moich bardzo nieprecyzyjnych wyliczeń, może to być nawet wysokość 2-4km) to sprowadzi to nieszczęście na rodzinę. Stąd też zapewne wielka radość ludzi, którym udało się wypuścić lampion do góry, a udaje się większości, co powoduje niesamowitą atmosferę. Niektórzy tak bardzo wierzą w ten przesąd, że do lampionu dołączają malutki ładunek pirotechniczny, który wynosi lampion na dość znaczną wysokość. I trzeba przyznać, że wygląda to też dość efektownie.

Najmniej przyjemnym momentem jest próba wydostania się z okolic, z których wypuszczane są latarnie. Odcinek o długości 300 metrów, pokonywaliśmy ponad 30 minut, dopiero później zastosowaliśmy skuteczną technikę, jaką było ,,trzymanie się tyłka samochodu, próbującego przejechać między tłumami ludzi”. To zdecydowanie przyspieszyło tempo.

Jak się okazało, latarnie były wypuszczane do późnych godzin nocnych, jeszcze koło pierwszej w nocy kolejne setki latarni wypuszczały były w niebo, a my podziwialiśmy to z dachu naszego hotelu, z nowo poznanymi Polkami.
Dzień trzeci to niemal powtórka dnia drugiego, my jednak postanowiliśmy przyglądać się temu, z pewnej odległości, z dachu hotelu.

Na koniec krótki filmik z tego wydarzenia. Coś z czym się zgadzam, to pewne stwierdzenia dotyczące tego, jak bardzo jest to piękny festiwal. I jestem w 100% przekonany, że to był pierwszy i nie ostatni raz, gdy byłem na tym festiwalu.

 

Świat widziany oczami Krzysztofa Staszkiewicza

%d blogerów lubi to: