Damnoen Saduak – Pływający targ na własną rękę.

Z czym kojarzy Ci się targ? Zapewne ze starszymi Paniami, które sprzedają owoce, warzywa i różne wyroby. Czasami są to malutkie targowiska, czasami ogromne, nawet kilkupiętrowe. Łączy ich jedna cecha: po wszystkich targowiskach przemieszcza się pieszo. Zapewne ktoś powie, że to oczywiste?
No właśnie nie koniecznie. Wyobraź sobie targ, po którym przemieszczasz się niewielkimi, drewnianymi łódkami, gdzie sprzedawcy sprzedają swoje wyroby na brzegu kanału wodnego. Widzisz to? Witaj na Damnoen Saduak.

Co to jest Damnoen Saduak?

Damnoen Saduak jest to najsłynniejszy pływający targ, położony około 90 kilometrów od Bangkoku. Jest on otwarty codziennie od 7:00 do 11:00. Oczywiście najlepiej pojawić się jak najwcześniej, by uniknąć tłumów ludzi.
Historia pływających targów związana jest z bardzo rozbudowaną siecią kanałów wodnych, które możemy znaleźć w okolicach Bangkoku, ale również w samym Bangkoku jest ona dość pokaźna.
Kanały te stanowiły niegdyś podstawę transportu. Sprzedawcy dość szybko wyczuli okazję i zaczęli sprzedawać swoje produkty wzdłuż tychże kanałów. Wtedy były to podstawowe produkty, warzywa, owoce, przyprawy, mięso, ryby. Typowo jak na naszych targach.
Tyle krótkiej historii. Czasy się zmieniły, obecnie okolice Bangkoku otacza gigantyczna sieć dróg, praktycznie cały transport przeniósł się na drogi lub tory kolejowe. Jednak mimo to pływające targi przetrwały, z tym, że niektóre nieco przebranżowiły się i skupiły się na turystyce.
Obecnie na targach możesz kupić pamiątki, dania z łódki (tak na niektórych łódkach sprzedawcy urządzili sobie grilla), piwo, ubrania. Coś co się nie zmieniło? Dalej można kupić owoce, ale na owoce turyści zawsze mają ochotę, zwłaszcza, że takich owoców jak w Tajlandii, nie jadłem jeszcze nigdzie.
Oczywiście należy pamiętać o tym, żeby się targować, chociaż i tak musicie widzieć, że wszystko jest tam droższe niż w Bangkoku.

Jak my zwiedziliśmy Pływający Targ?

Opcji jest kilka, można kupić wycieczkę w lokalnym biurze podróży, można próbować dostać się na ,,krzywy ryj”, czyli autostopem, można też transportem publicznym i my wybraliśmy tą trzecią opcję, nie przewidując jednej rzeczy. Ale po kolei.
Dzień zaczęliśmy bardzo wcześnie rano, po wyjściu z hotelu złapaliśmy taksówkę, którą dojechaliśmy na dworzec autobusowy Bangkok Bus Terminal Southern (Taksówkarze nie mają pojęcia co to jest, a tym bardziej gdzie to jest, więc zawsze miejcie pod ręką tą nazwę: Sai Tai Mai). Przejazd był bardzo tani, za odcinek 15km zapłaciliśmy w przybliżeniu 15PLN.
Po zjedzeniu śniadania w 7-eleven zaczęliśmy szukać stanowiska, z którego mają odjeżdżać busy w kierunku pływającego targu. Poszukiwania trwały parę sekund, po czym zaczepiła nas uprzejma Pani, która jak się okazało była zarówno punktem informacji dla turystów, sprzedawcą biletów jak i konduktorem w autobusie. Tak, w tym autobusie bilety sprzedaje konduktor. Co ciekawe to nie on jest później odpowiedzialny za kontrolę biletów). Po paru minutach przyjechał nasz autobus.
Autobus linii 78 kursuje codziennie od 6 rano, co około 40 minut. Przejazd na pływający targ zajmuje około dwie godziny i kosztuje około 70THB.
Po przyjeździe na miejsce uprzejma Pani zaprowadziła nas na przystań i powiedziała, że zaraz przypłynie łódka, która w cenie biletu zabierze nas na pływający targ i tam ustalimy ceny wynajmu.
Tutaj zaświeciło mi się żółte światełko w głowie, ale niestety bariera językowa była nie do przeskoczenia.
Gdy trafiliśmy już na pływający targ, okazało się, że nie będziemy mieli możliwości samodzielnego szukania łódki i negocjowania cen (rozsądna cena to 500-600THB za godzinę rejsu), tylko musimy płynąć tą łódką za 2000THB (sic!). Po dość burzliwych negocjacjach zeszliśmy do 1800THB.
Rejs trwał godzinę i coś co dobrze wygląda na zdjęciach, już tak dobrze nie wygląda na miejscu. Cała masa łódek, korki na kanale, przeróżne zapachy, upał.
Na domiar złego, przystań końcowa była w zupełnie innym miejscu niż przystań początkowa, co spowodowało, że nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy. Idąc drogą (wydawało nam się, że w dobrym kierunku), zatrzymał się jakiś busik, którego kierowca zaoferował nam podwózkę do Bangkoku za 60THB. Po wejściu do klimatyzowanego busa, poczuliśmy się jak w raju.
Po godzinie rejsu byliśmy bardziej zmęczeni niż po trzech godzinach zwiedzania Ayutthaya.

Czy warto było?

Osobiście mam mieszane uczucia, z jednej strony jest to coś czego absolutnie nie zobaczy się w Europie. W przeliczeniu ,,na polskie” nie wydaliśmy dużo (z tym, że w przeliczeniu na tamtejsze, to dość poważnie naruszyło nasz budżet). Jednak nigdy tam nie wrócę i raczej nie będę polecał tam wizyty.
ALE, jeżeli masz ochotę odwalić coś takiego jak my, to raczej próbuj dostać się gdzieś stopem, tak byś mógł podejść do głównej przystani i mógł negocjować cenę lub po prostu poczekał na komplet pasażerów na łódce.
Można też próbować swoich sił negocjacyjnych w lokalnych biurach podróży, wiem, że część z tych biur łączy ten targ ze słynnym targiem na czynnych torach kolejowych.

Alternatywy

Jak wcześniej wspomniałem, Damnoen Saduak jest pod turystów, ale nadal istnieje kilka targów, które są dużo bardziej autentyczne. Oto moje propozycje, które mam nadzieję, że w przyszłości osobiście zobaczę:
Taling Chan – otwarty tylko w soboty i niedzielę od 8:00 do 17:00. Na targ z przystanku Central World kursuje autobus linii 79.
Bang Khu Wiang – otwarty codziennie od 4:00 do 7:00. Tutaj podobno turystów nie spotkacie. To znaczy może spotkacie, ale jest to niewielka garstka ,,pokręconych wariatów” (w sensie pozytywnym). Dojazd jest tutaj dużo trudniejszy. Nie znalazłem żadnych informacji związanych z liniami autobusowymi. Co prawda około 15km od targu jest stacja kolejowa, 20km jest stacja metra, ale godziny przyjazdu są raczej nie korzystne. Z centrum Bangkoku (dla mnie oznacza to dworzec kolejowy, ten główny dworzec kolejowy) na targ jest około 45km.

 

Świat widziany oczami Krzysztofa Staszkiewicza

%d blogerów lubi to: