Majówka w Górach Sowich i Stołowych

Weekend majowy. Chyba każdy, kto słyszy te dwa wyrazy, ma ochotę przyspieszyć czas do jednego z najdłuższych długich weekendów w całym roku. Każdy, niezależnie od tego czy jest w przedszkolu, czy na emeryturze, ma ochotę by zmienić datę na 30.04, nawet jeśli data na kalendarzu, wskazywałaby 5.05.
Podczas weekendu majowego, odbywa się największy rajd uczelnianego PTTK przy UEK. Nie pozostaje wtedy nic innego niż rzucić wszystko i ruszyć w góry.

PTTK przy UEK, nie byłby PTTK, gdyby nie organizował comiesięcznych górskich Rajdów. W tych Rajdach są dwa najważniejsze, Rajd Pierwszego Roku, o którym pisałem już tydzień temu i największy rajd w całym roku akademickim, czyli Rajd Majowy, który odbywa się w trakcie długiego weekendu majowego.
Z bliżej nieokreślonego powodu, podczas długiego weekendu majowego, góry takie jak Tatry czy Pieniny przeżywają jedno wielkie oblężenie, czasami mam wrażenie, że ludzie zapominają, że poza tymi dwoma pasmami górskimi są jeszcze inne, równie piękne lub nawet piękniejsze. Na szczęście PTTK przy UEK-u pamięta o tym i w tym roku zorganizował wyjazd w Góry Sowie i Góry Stołowe.
9 tras, 4 dni (w przypadku jednej 5 dni), długie szlaki, piękne widoki, wieczorami świetna zabawa i magiczna atmosfera, tak naprawdę nic nie trzeba więcej dodawać, w tym miejscu mógłbym skończyć artykuł, ale… nie chce mi się, więc piszę dalej.

Po co spać, skoro można jechać w góry?

Oto nastąpił dzień na który wszyscy wierni, innowiercy i niewierni czekali, oto nastąpił Święty Długi Weekend Majowy, czas w którym można odpocząć od pracy, uczelni, szkoły, przedszkola, żłobka itd., czas w którym można się wyspać… no chyba, że jedzie się w góry, no ale są rzeczy ważne i ważniejsze.
Ze względu na dość długą trasę do przejechania, zbiórka na UEK miała miejsce o godzinie 2:30, czasu lokalnego (czytaj: poza uczelnią to 3:00 ). Wszyscy uczestnicy Rajdu przyszli w pełni wyspani na UEK, niektórzy bezpośrednio po imprezie, inni po domówce, jeszcze inni po obiadokolacji.
Zaraz po ruszeniu, poczęstowaniu się środkami na sen, w formie płynnej, spokojnie zasnęliśmy w naszym luksusowym UEKBusie.
Po odzyskaniu przytomności, w pełni przytomni poszliśmy na stację po kawę, herbatę i inne smakołyki w formie płynnej i niepłynnej. Po kolejnych paru godzinach jazdy, zatrzymaliśmy się na małe śniadanie w miejscu, które jest świątynią dla każdej wycieczki, czyli McDonald’s… Po krótkim namyśle stwierdziłem, że faktycznie to dobry pomysł, by zjeść śniadanie, no więc jak pomyślałem, tak zrobiłem, po wyciągnięciu chleba i pasztetu, siadłem na krawężniku, naprzeciwko McDonald’s i spokojnie wziąłem się za konsumpcję… Nie umiem wyjaśnić sobie, dlaczego ludzie w McDonald’s patrzyli na mnie dziwnie. Kolejne kilka godzin to tylko i wyłącznie jazda i jazda.

Witamy na szlaku

Po niemal 10h jazdy, trafiliśmy na szlak. Pogoda wręcz prosiła byśmy jak najszybciej weszli na szlak i to też zrobiliśmy… gdy go już znaleźliśmy.
Na starcie czekało nas małe podejście asfaltowe, jednak po jakiś 15min weszliśmy na jedyne słuszne podłoże w tego typu górach, czyli po prostu na udeptaną ścieżkę. Teraz przed nami około 1,5h spokojnej wspinaczki na Wielką Sowę (co nie zmienia faktu, że znów trafiłem na sam tył, ze względu na zady… yyy… na robienie licznych zdjęć).

Zaczynamy Rajd
Zaczynamy Rajd

Wielka Sowa, przywitała nas sporą liczbą turystów oraz przecudownymi zapachami, już wiedziałem, że z całą pewnością na szczycie czeka mnie wzmacniająca kiełbasa z grilla lub coś jeszcze lepszego, czyli wojskowa grochówka. Nie wiem co Wy uważacie, ale jak dla mnie, ludzie którzy prowadzą sprzedaż wojskowej grochówki na takim szczycie, powinni trafić bezpośrednio do nieba, tam dla nich jest już specjalne miejsce.
Po posileniu się tymi pysznościami, popiciu tego Złotym Napojem Bogów oraz rozmowach na tematy… nieprzyzwoite, postanowiliśmy, że warto wejść na wieżę widokową jaka jest na szczycie Wielkiej Sowy… chociaż nie do końca wiem skąd w górach wzięła się latarnia morska, serio, ta wieża taką latarnię przypomina.
Co do wieży, ma ona już ponad 100 lat, została wybudowana w latach 1905-1906. Cena wejścia na tą wieżę to 6PLN za bilet normalny i 3PLN za bilet ulgowy, dzieci do 6 lat mają wstęp wolny. I wiecie co? Jak będziecie na Wielkiej Sowie to możecie odpuścić sobie kiełbaskę, bigos czy też grochówkę, ale wejścia po paru schodach na tą wieżę nie możecie odpuścić. Widok, który roztacza się z jej szczytu jest niesamowicie niesamowity. Od razu człowiek odzyskuje siły na dalszy szlak.

Szczyt Wielkiej Sowy.
Szczyt Wielkiej Sowy.

a3

Widoki z wieży widokowej na Wielkiej Sowie
Widoki z wieży widokowej na Wielkiej Sowie

No ale koniec tego lenistwa, jeszcze długi szlak przed nami.
Po nieco ponad 1h spaceru w dół, zarządziliśmy przerwę, podczas której wykorzystaliśmy okazję, położyliśmy się na niewielkich skałach i ucieszyliśmy swoje uszy, wspaniałą ciszą, zakłócana czasami przez podmuchy wiatru i śpiewające ptaki. Tego nie da się doświadczyć nigdzie indziej niż w górach. Po nieudolnym zmotywowaniu nas do dalszego marszu, ruszyliśmy w dalszą drogę.

,,Przewodnik, to ja tu zostaję, a jak Ty chcesz iść, to idź, ktoś chce iść dalej?
,,Przewodnik, to ja tu zostaję, a jak Ty chcesz iść, to idź, ktoś chce iść dalej? ” Brak odpowiedzi.
Schronisko, obiadokolacja i pierwsza noc.

Po kolejnych paru godzinach, doszliśmy do schroniska PTTK Zygmuntówka, po drodze kłócąc się o to, którędy się idzie.. cóż kto wybrał właściwą trasę (w tym ja), w miarę szybko doszedł do schroniska, do którego druga część grupy doszła mniej więcej 30min po nas, zaliczając nieciekawe podejście i zejście.

Taki oto kolega nas przywitał pod Schroniskiem.
Taki oto kolega nas przywitał pod Schroniskiem.

Gdy już zorganizowaliśmy sobie miejsce, nasze żołądki, wołały o pomstę do nieba, z głodu, niemal popadły w depresje i chciały popełnić samobójstwo (cóż… chyba wybrali nieodpowiednich osobników, do życia w nich). Po najedzeniu się, prawie do syta oraz napojeniu Złotym Napojem Bogów, doszliśmy do wniosku, że należy zorganizować zabawę integracyjną. Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Zaraz po niej zaczęło się coś za co uwielbiam Rajdy PTTK, co nadaje im niezapomnianej atmosfery (no prawie niezapomnianej), a co to było? Ano to był moment, w którym wyciągnęliśmy z plecaków śpiewniki PTTK, napoje wysokowyskokowe oraz nieco mniej wyskokowe, zwanej dalej przepitami i ruszyliśmy do miejsca w którym można zapalić ognisko.
Tak naprawdę nie ma co zbytnio rozpisywać się o magicznych nocach z PTTK, to trzeba przeżyć by się przekonać jak jest. A jest cudownie.
Około 3-4 w nocy, położyliśmy się spać. Mieliśmy bardzo luksusowe miejsca do spania, z bardzo wygodnymi łóżkami i cudownymi w dotyku pościelami, a konkretnie podłoga, karimata i śpiwór.

Czas na najdłuższy dzień Rajdu.

Drugi dzień Rajdu zaczęliśmy pobudką o 6:30, lekkim śniadaniem, pyszną herbatą i potwierdzeniem tezy, która mówi, że ,,W górach nie ma kaca”.
Po załatwieniu wszelkich potrzeb jedzeniowych, napojowych i innych, odnalezieniu wszystkich swoich rzeczy (No niestety, w Sali było dosyć ciasno, więc wiele rzeczy było w kupce), wróciliśmy kawałek szlakiem, którym przyszliśmy poprzedniego dnia do schroniska. Po chwili już widzieliśmy parking, a na nim majestatycznego Autosana, czyli UEKBusa, który podrzucił nas do Wambierzyc.
Po dojechaniu do tego miasteczka, kierowca nam pomachał, a my zaczęliśmy szukać sklepu, który znajdował się za rogiem (brawo my). Po zakupieniu niezbędnych rzeczy, miłej rozmowy z pracownikiem GOPR, ruszyliśmy… nie, bynajmniej nie na szlak, ruszyliśmy do słynnej Bazyliki. Pierwsza świątynia powstała tutaj już w 1263 roku. Potężna bazylika, którą dziś możemy zobaczyć, powstała na początku XVIIIw.

a11 a12 a13

Bazylika w Wambierzycach.
Bazylika w Wambierzycach.

Po przejściu się po bazylice i zwróceniu uwagi wszystkich turystów (cóż, jak widać grupa prawie 15 osób, z dużymi plecakami, to rzadki widok w tej świątyni), zrobieniu foty grupowej, część grupy poszła do Wambierzyckiej Kalwarii, część (w tym ja), wolała położyć się na ławce i skorzystać z chwili luzu, w końcu dziś do przejścia ponad 22km, podczas którego zmienimy pasmo z Gór Sowich na Góry Stołowe.
Godzinę później przeszliśmy przez Bramę Jerozolimską i ruszyliśmy na szlak. Początkowo szlak był raczej niespecjalnie ciekawy i niezbyt wymagający, prowadzący ciągle po drodze asfaltowej. Dopiero mniej więcej 1h po wyruszeniu, doszliśmy na leśną ścieżkę.
Zaczęło się mozolne zdobywanie wysokości, po to by wyjść do ciekawych formacji skalnych, zwanych ,,Skalnymi Grzybami”.

a19

Formacje skalne
Formacje skalne ,,Skalne Grzyby”

Kolejne 10km było pokonywane, bardzo spokojnym szlakiem, bez większych podejść i zejść. W pewnym miejscu postanowiliśmy, że czas na dłuższą przerwę, podczas której skorzystaliśmy z wygody miękkiej trawy. Niektórzy postanowili coś zjeść, inni postanowili spożytkować Złoty Napój Bogów, inni czystą.. wodę mineralną, a jeszcze inni… ucięli krótką drzemkę. Błogi spokój i jeden wielki relaks, tylko tak skwituję tą przerwę.
Po przerwie ruszyliśmy dalej, już niedaleko do Karłowa, w którym zakupiliśmy niezbędnik uczestnika Rajdu PTTK, czyli napoje wyskokowe, przepity i kiełbasy na ognisko (no bo co to za Rajd Majowy bez codziennych ognisk?).

Jeszcze tylko Szczeliniec, zejście do Pasterki i kolejna noc z PTTK.

Po przerwie w Karłowie, ruszyliśmy na Szczeliniec, na którym… hmm… część osób po zdjęciu grupowym odpuściło sobie i od razu zeszli do Pasterki, natomiast kto miał więcej siły (w tym jakimś cudem ja), ruszył po szlaku wokół Szczelińca. I tutaj zaczęły się przysłowiowe ,,schodki”, a mianowicie żeby zejść do Pasterki, po przejściu Szczelińca, należy najpierw zejść do Karłowa, później znów wspiąć się prawie na sam szczyt Szczelińca i dopiero tam jest rozwidlenie szlaków, umożliwiające zejście do Pasterki (nie wiem, kto to wymyślił, ale gratuluję), ale o tym później.
Generalnie Szczeliniec Wielki, to dosyć specyficzny szczyt w Górach Stołowych, po szczycie prowadzi jednokierunkowy szlak, na którym można zobaczyć ciekawe formy skalne. Ten szlak jest banalny (no może prócz przejścia Piekiełka”), jednakże wymaga jednej istotnej rzeczy, a mianowicie małego plecaka, bo przejście z dużym, to duży problem, o czym sami przekonaliśmy się na własnej skórze, no ale cóż… innej możliwości nie było.

Na Szczelińcu można spotkać chociażby skałę, która przybrała formę.. Głowy Małpy
Na Szczelińcu można spotkać chociażby skałę, która przybrała formę.. Głowy Małpy

Gdy doszliśmy do ,,Piekiełka”, czyli do ogromnej szczeliny, spotkaliśmy… śnieg, no ale on podobno może leżeć w tym miejscu cały rok (promienie słoneczne, praktycznie tutaj nie dochodzą). Podczas wyjścia z ,,Piekiełka”, doszło do pierwszego kryzysu tego dnia, a mianowicie, duża przepita, Pepsi o objętości 2,5l, wpadła do jednej, z niewielkich szczelin przy szlaku. Zaczęła się akcja ratunkowa, która zakończyła się sukcesem.

Taka sytuacja w ,,Piekiełku"
Taka sytuacja w ,,Piekiełku”

Jeszcze tylko zdjęcie ,,grupowe” i czas na zejście do Karłowa, gdzie dopadł nas drugi kryzys, tym razem głodowym. Jeden z uczestników wyraźnie wyperswadował, że idzie na kebaba… wrócił z gofrem. Po chwili zaczęliśmy znów wychodzić na Szczeliniec, a następnie schodzić do Pasterki. Podczas zejścia dopadł nas trzeci kryzys… tzn on dopadł mnie, no ale dałem jakoś radę.
Po minięciu się z inną Rajdową grupą (która była jeszcze bardziej w czterech literach z czasem niż my), paru minutach marszu asfaltem, doszliśmy do schroniska PTTK Pasterka, niemal 2h po tej części grupy, która odpuściła sobie spacer po Szczelińcu.
Po zjedzeniu przepysznej zupy, rozpaliliśmy ognisko, ruszyliśmy po śpiewniki i zaczęliśmy kolejną nocną integrację. Tym razem wytrzymałem nieco krócej niż poprzedniej nocy, bo po lodowatym prysznicu, o 2:30 byłem już w łóżku.

Czas na przeciskanie się przez Błędne Skały.

Kolejny dzień, zaczęliśmy o świeżej porze, a mianowicie około 6-6:30. Na dzień dobry dostaliśmy miłe info. Kierownik schroniska zgodził się, na wrzucenie naszych plecaków na strych na parę godzin, tak byśmy mogli przejść się bez nich na Błędne Skały (kolejny który zasługuje na specjalne miejsce w niebie).
O 7:30 ruszyliśmy na szlak, na początek spokojny był to spokojny spacer, nieco później zaczęło się spore i niezbyt miłe zejście. I w zasadzie to było główne utrudnienie… do czasu. Gdy doszliśmy na Błędne Skały, czekało tam już w cholerę grup (co spowodowało małą wiązankę w mojej głowie), no ale jakoś udało nam się wstrzelić w dobry moment na wyjście.

a35 a38 a39

Wąskie przejścia przez Błędne Skały.
Wąskie przejścia przez Błędne Skały.

Szlak po Błędnych Skałach był bardzo miłym przerywnikiem podczas tego Rajdu. Był to typowy spokojny spacer między pięknymi, ciekawymi formami skalnymi, które tworzą nie tylko klimat jak z bajki, to jeszcze do tego stworzyły bardzo wąskie i niskie przejścia, podczas których, w głowie dziękowaliśmy kierownikowi schroniska, że mogliśmy zostawić te plecaki w schronisku. No ale wszystko co piękne, kiedyś się musi skończyć. Po przejściu szlaku, odpoczęliśmy chwilę i ruszyliśmy do Pasterki, pokonując po drodze baaardzo ciężkie podejście. Po dojściu do schroniska, znieśliśmy plecaki ze strychu, napiliśmy się piwka i ruszyliśmy do Radkowa.

Parę kilometrów po płaskim, ostre zejście, Radków i Baza Wypadowa.

Po napełnieniu naszych organizmów, napojem, który nas zdecydowanie obudził, ruszyliśmy w kierunku Radkowa. Początkowo szlak był bardzo spokojny, prawie cały czas po płaskim, po trawie, bez zbędnego zmęczenia. Po jakiś 3km zaczęło się zejście do Radkowa. Kolejne 3km to zejście 300m w dół, które dało bardzo w kość naszym kolanom. Po tym, gdy doszliśmy do Radkowa, stwierdziliśmy, że my już dziękujemy i czekamy na autokar niemal 2km przed planowanym miejscem spotkania.
Podczas jazdy do Bazy wypadowej ,,Wisła” w Sokolcu, większość skorzystała z okazji do drzemki. Jednak na słowo ,,Biedronka” wszyscy stanęli na baczność przy drzwiach autokaru, jeszcze nim ten zdążył się zatrzymać. Po zakupieniu ,,niezbędnika”, ruszyliśmy do bazy, gdzie czekały już na nas spore pokoje i… kiepska obiadokolacja.
Zaraz po niej zaczęły się zabawy integracyjne i konkurencje sportowe, które miały na celu wyłonienie ,,najlepszej” grupy rajdowej (co prawda moja dwójeczka nie wygrała, ale i tak była najlepsza, bo była to dwójeczka). Podczas tychże zabaw miały miejsce: Skecze, przeciąganie liny, biegi w workach i jeszcze parę fajnych rzeczy.
Chwilę później rozpoczęło się kolejne ognisko (jeśli to czyta jakiś dietetyk, to tak, wiem, że się zapewne zastanawiasz, czy my jesteśmy normalni), śpiewy przy gitarze i generalnie wszystko to co najlepsze na tego typu rajdzie. Nieco później rozpoczęła się dyskoteka.
Koło 4 rano położyliśmy się do łóżek, nie będę rozpisywał co się działo w ,,międzyczasie”. To co się działo, wiedzą tylko uczestnicy rajdu i tak już pozostanie.

Wstawać, czas wracać, a po drodze zaliczyć Wrocław.

Po pobudce o dosyć znośnej porze, poszliśmy na… powiedzmy, że zjadliwe śniadanie, ale to mniejsza o to. Pozostało nam nic innego niż ogarnięcie się, dopakowanie plecaków i oczekiwanie na UEKBusa, który podrzucał po kolei niektóre grupy do najbliższej stacji PKP. PKP, jak to PKP, w dalszym ciągu oznacza ,,Poczekaj Kiedyś Przyjedzie”, tak i było w tym przypadku, nasz pociąg do Wałbrzycha był opóźniony o ponad 30min, a w środku było dosyć przytulnie, zwłaszcza jak ponad 100 PTTK-owiczów się do niego władowało. Tylko dzięki ładnej kierowniczce składu, zdążyliśmy na pociąg do Wrocławia.
Po dojeździe do tego cudownego miasta, mieliśmy parę godzin przerwy, podczas których poszliśmy zjeść, a następnie ruszyliśmy na wrocławski Rynek.

Mała odmiana na PTTK, czyli Wrocław.
Mała odmiana na PTTK, czyli Wrocław.

Po paru godzinach wróciliśmy na Dworzec Główny we Wrocławiu i wsiedliśmy do IC do Krakowa. I tutaj naprawdę należą się oklaski dla IC… oklaski nogami, bo jak inaczej można zareagować na fakt, że ktoś ,,yntelygentny” wymyślił, ze skoro jedzie grupa niemal 100 osób, to zamiast podstawić dodatkowy wagon i wpakować ich do niego, to lepiej ich rozwalić po całym składzie. Serio, gratki.
No ale PTTK, jak to PTTK nie mógł usiedzieć na dupie w jednym miejscu, tak więc zebraliśmy się w 20 osób wokół jednego przedziału i przy piwerku i śpiewnikach, śpiewaliśmy tak głośno, że chyba nawet maszynista nas słyszał. I tutaj należą się podziękowania dla konduktora, który nie zwracał uwagę na nasze piwo, a nasze śpiewanie się wręcz mu podobało.

To już jest koniec…

Wieczorową porą dojechaliśmy do Krakowa. Wtedy uświadomiliśmy sobie, że kolejny wspaniały wyjazd, ze wspaniałymi ludźmi dobiegł końca. Przeszliśmy razem, w ciągu trzech górskich dni, niemal 60km, spędziliśmy wspólne 3 noce przy ognisku i przy śpiewach, nie ważne kto jak śpiewał, nie ważne, że miał zdarte gardło po poprzedniej nocy, każdy dawał z siebie ile mógł. Do tego to wspaniałe uczucie, że nikt w grupie się nie wywyższa, bo coś robi w życiu, bo ma lepszą kondycję, bo coś tam, bo coś tam itd., wszyscy są równi, jak ktoś ma słabszą kondycję, to się na niego poczeka, wesprze się go w trudnych odcinkach. Wiadomo, że przy tak długich szlakach, tak długich godzinach w górach i krótkich godzinach spędzonych na spaniu, mogą zdarzyć się jakieś zgrzyty, ale najlepsze w nich jest to, że po 5min już się o nich nie pamięta.
Chyba nie ma lepszego relaksu niż tego typu relaks w górach, nawet jeśli jest przy tym mega duży wysiłek w ciągu dnia, to wieczorami odpoczywa nie tylko ciało, ale i głowa. Zapomina się o codziennym życiu. Żyje się tu i teraz, pełne Capre Diem… I właśnie za to uwielbiam tego typu wyjazdy.
O Chryste Panie, ale poleciała życiówka na koniec.

Dzięki PTTK za kolejny świetny wyjazd, a wszystkich zapraszam na spotkania czwartkowe, oddziału PTTK przy UEK, które są na UEK, w Pawilonie A, sala -109.

 

Świat widziany oczami Krzysztofa Staszkiewicza

%d blogerów lubi to: