Majówka w Karkonoszach

,,I wtedy przyszedł maj”, no właśnie przyszedł, a wraz z nim długi weekend majowy, a w tym roku ten długi weekend był baaaaardzo długi. A skoro już przyszedł ten dłuuuuuuugi weeeeeeeekend majowy, to wraz z nim przyszedł Rajd Majowy PTTK.
Zapraszam do przeczytania relacji z 54 Rajdu Majowego PTTK przy UEK, relację opisaną oczami przewodnika trasy numer 7 tego rajdu.

 

Poniedziałek 30.04 powitał mnie pięknie grzejącym słoneczkiem oraz niemal euforią radości, że to już jest ten dzień, dzień w którym ruszam, wraz ze swoją trasą w góry Izerskie, tak moja trasa Rajdu, który odbywał się w Karkonoszach, ruszyła w górach Izerskich. Zresztą to nie był przypadek, wynikało to z tego, że w Świeradowie rusza Główny Szlak Sudecki i  to właśnie jego trzymaliśmy się podczas tego rajdu (no prawie cały czas).

Punktualnie o godzinie 6:50 spotkałem się z moją grupą… a raczej częścią grupy Dworcu Autokarowym MDA w Krakowie, skąd o 7:20 ruszyliśmy FlixBusem do Wrocławia, gdzie mieliśmy pierwszą małą przygodę, którą zafundował sam przewodnik. Otóż po wyjściu z autokaru, ruszyliśmy do galerii, w której to połapałem się, że… zostawiłem kije i polara w autokarze. Po szybkiej naradzie zostawiłem swoją grupę i ruszyłem na dworzec, na którym dowiedziałem się od kierowcy, gdzie mają bazę i że raczej muszę skorzystać z taksówki, by zdążyć na kolejne połączenie. Po dojeździe na bazę, dyspozytor szybko pomógł mi ogarnąć kwestię zagubionych rzeczy i mogłem wracać z powrotem na dworzec autokarowy… Mniejsza o to, że taksówkarz wziął 50PLN, grunt, że wszystko się znalazło.
Po chwili ruszyliśmy busikiem do Świeradowa-Zdrój, w którym to byliśmy po blisko 4h podróży.
Szybkie zakupy i ruszyliśmy pod górkę.

Relaks na tamie i ciekawy wieczór

Podejście na Stóg Izerski czerwonym szlakiem jest wybitnie łatwe (prócz ostatnich 200m) i zajmuje około 2h, więc niespecjalnie się spieszyliśmy. Tzn. w ogóle się nie spieszyliśmy, szliśmy spacerem, a jak zobaczyliśmy pewną malutką tamę, to jednogłośnie stwierdziliśmy, że czas na przerwę, czas na piw… Kit-Kat. Po dłuższej przerwie ruszyliśmy dalej, po to by znów zaraz zrobić przerwę, tym razem przy wiacie, spod której roztaczał się przepiękny widok na Dolny Śląsk.

Koniec końców, po ponad 3h od ruszenia ze Świeradowa doszliśmy do Schroniska na Stogu Izerskim, w którym to mieliśmy zarezerwowany nocleg. Ale nim poszliśmy spać, postanowiliśmy się zintegrować przy mocniejszych procentach, następnie doszli do nas kolejni uczestnicy rajdu (dojeżdżali na własną rękę), po czym postanowiliśmy się zintegrować z dwiema dziewczynami, które samotnie siedziały przy sąsiednim stoliku, a później z jeszcze jedną grupą (która zresztą towarzyszyła nam jeszcze kolejnej nocy).
Swoją drogą rzadko to robię, bo raczej nie zdarzyło mi się pisać szczegółów o uczestnikach, ale muszę to zrobić w przypadku tych trzech uczestników, którzy do nas dołączyli na Stogu. Otóż była to nieco starsza para i ich 17-letni wnuk. Generalnie przed wyjazdem martwiłem się jak to będzie wyglądało, czy moja trasa nie jest zbyt ciężka… tymczasem okazało się, że to byli ludzie, którzy swoimi opowieściami (jako, że dużo podróżują i bardzo dużo chodzą po górach) tak niesamowicie wpłynęli na atmosferę w grupie, że koniec końców, Pan Stefan otrzymał na koniec Rajdu, nagrodę ,,Duszy Trasy”. Wspaniali ludzie i mam nadzieję, że jeszcze zasilą szeregi na którejś z naszych rajdowych tras. Jeżeli to przeczytają, to jeszcze raz serdecznie dziękuję.

Deszcz, słońce, Żabka i wejście w Karkonosze

Drugi dzień powitał nas wschodem słońca… tzn. mnie, bo akurat musiałem iść za potrzebą, więc jak zobaczyłem przez okno co się dzieje na zewnątrz to ruszyłem również z aparatem. Niestety wschód słońca nie trwał długo, zaraz pojawiły się chmury, a wraz z nimi również deszcz, który dzięki Bogu nie trwał długo.
Przy okazji nim ,,pójdziemy” dalej, chciałbym ostrzec przed jajecznicą w Schronisku na Stogu Izerskim, która jest niby na maśle, ale smakuje jakby była na jakimś marnej jakości tłuszczu, co gorsza jest ona chyba z jednego jajka, ale to jeszcze nie jest najgorsze, najgorsze jest to, że spotkasz w niej skorupki jajka (nie tylko ja tego doświadczyłem).

Po zjedzeniu śniadania, byliśmy zmuszeni do pożegnania się z dziewczynami, które poznaliśmy dzień wcześniej, a następnie ruszyliśmy na szlak. Z tym, że przy drzwiach schroniska zatrzymała nas jakaś para, która… odstąpiła nam połowę butelki Whisky ,,My dzisiaj już kończymy weekend, piliśmy 4 dni to samo, więc nam już wystarczy, a Wam może się przydać na szlaku”. No mieli rację.
Ogólnie pierwsze 1,5h na szlaku było okrutnie nudne pod względem podejść, zejść i widoków. Po dotarciu na Polanę Izerską ogłosiłem chwilę przerwy, bo mój (i jak się okazało nie tylko mój) żołądek poinformował, że potrzebuje coś dojeść po marnej jajecznicy. Poza tym na samej polanie pojawiły się pierwsze ciekawe widoki tego dnia.


Z wielkim trudem zmusiliśmy się iść dalej, a dalej zaczęło się robić ciekawiej, najpierw podejście, później przejście przez torfowiska, a następnie kolejne podejście i tam było to na co czekałem. Przecudny widok na całe Izery. Można było sobie siąść i podziwiać, cały czas podziwiać, gdyby nie jedno ale, a tym ale był wiatr, który stosunkowo szybko przepędził nas z punktu widokowego. Plusem tego wiatru był fakt, że przepędził nie tylko nas, ale coraz śmielej przepędzał chmury, zza których pojawiało się słońce.

Góry Izerskie, czyli zaczynamy wspomnienie Rajdu Majowego PTTK.

Po około godzinie doszliśmy do zamkniętej kopalni Kwarcu ,,Stanisław”. Ciekawostką jest fakt, że jest to najwyżej położona kopalnia odkrywkowa w Europie. Znowu przerwa, ale tym razem również ze ściągnięciem butów, po to by stopy nieco odetchnęły, zwłaszcza, że byliśmy mniej więcej w połowie planowanej na ten dzień trasy. Po chwili oddechu, napojeniu się jedynymi słusznymi napojami oraz po zabraniu kamyczka na pamiątkę, ruszyliśmy w kierunku schroniska na Wysokim Kamieniu.

Schronisko na Wysokim Kamieniu jest obecnie w trakcie budowy, tzn ostateczny kształt już ma, jest w nim możliwość zjedzenia czegoś, ale nie można w nim jeszcze spać. Co więcej, właściciel schroniska buduje koło niego wieżę widokową. A widok z Wysokiego Kamienia uchodzi za najpiękniejszy widok z Gór Izerskich na Karkonosze. Cóż.. Ciężko się z tym nie zgodzić.

Karkonosze sfotografowane z Wysokiego Kamienia w Górach Izerskich. Podobno to właśnie z tego miejsca roztacza się najpiękniejszy widok na Karkonosze.

Po zjedzeniu całkiem smacznych pierogów ruszyliśmy w dół, do Szklarskiej Poręby, niemal modląc się przy tym, by Żabka była otwarta (pomimo tego, że był 1.05). Zejście dało kolanom mocno popalić, ale Żabka była otwarta, więc to nas mocno ucieszyło, bo trzeba było zrobić zapasy na dwa dni. Po zrobieniu zakupów ruszyliśmy dalej, z jednej strony żegnając się z Izerami, z drugiej, witając się z Karkonoszami.

Ciężkie podejście i wieczór kawalerski

Przejście przez Szklarską Porębę odbyło się dosyć sprawnie i po chwili przywitaliśmy się z Karkonoskim Parkiem Narodowym, przy okazji mijając po lewej stronie Wodospad Kamieńczyka, który jest najwyższym wodospadem po Polskiej stronie Karkonoszy, ma on 27m wysokości i wpada do przepięknego Wąwozu Kamieńczyka. Jak bardzo pięknego? Tak bardzo, że były w nim kręcone sceny do ,,Opowieści z Narni”. My niestety spóźniliśmy się i ,,drzwi do Narni” zostały zamknięte przed naszym przybyciem. W związku z czym ruszyliśmy stromo pod górę, klnąc pod nosem na ułożoną kostkę chodnikową, przez które nasze stopy bardzo mocno cierpiały, zwłaszcza, że miały za sobą już ponad 23km marszu, a teraz jeszcze plecaki były dociążone zapasami.

Najwyższy wodospad w polskich Karkonoszach. W tym miejscu nagrywano fragmenty Opowieści z Narnii.

Swoją drogą, nie wiedzieć dlaczego nasz widok (czyli duże plecaki, buty górskie i godzina w której wychodzimy na górę) był jakimś chyba poruszeniem wśród turystów (małe plecaczki na wodę i adidasy, albo sandały, ew klapki), którzy schodzili na dół. Osobiście czułem się obserwowany przez nich.
Po 1,5h podejścia po tych pie*****$$$%Q@@#^@#^%!#^!^%&#$^$%%*******$^#$%#^&#&@#@&@$&$#^%#$%@%@^@!!#%@^&&^*(*&%^*$%&# płytach chodnikowych, udało się dotrzeć do naszego celu czyli do Schroniska na Hali Szrenickiej. W nagrodę za wysiłek zjadłem sobie przepyszny smażony ser z frytkami, następnie prysznic i…. drugi raz tego samego dnia, słońce stworzyło poezję na niebie, lecz tym razem po zachodzie słońca.

Takim pięknym widokiem zaczął się wesoły wieczór w Schronisku na Hali Szrenickiej.

Kolejny wieczór spędzony był w jadalni z grupką, którą poznaliśmy na Stogu Izerskim. Tyle, tylko, że tym razem trafiliśmy też na wieczór kawalerski, więc dla niektórych wieczór skończył się dosyć późno (nie ja w tej grupie tym razem nie byłem).

Znowu jajecznica, kolejny wodospad i śnieg

Trzeci dzień rajdu zaczęliśmy od śniadania, które tym razem było przepyszne! Był już 2.05, a to oznaczało, że mogę otworzyć kopertę z zadaniami, które mieliśmy wykonać w grupie. Pierwsze zadanie polegało na znalezieniu dla Bodzia (kamień w siedzibie naszego koła PTTK) towarzysza. Zadanie wykonaliśmy dopiero w bazie finałowej, ale pomysł rodził się przez cały rajd i… niestety nie mam zdjęcia naszej ślicznotki. No ale mniejsza o to.

Początek szlaku tego dnia znów prowadził po tych pie*****$$$%Q@@#^@#^%!#^!^%&#$^$%%*******$^#$%#^&#&@#@&@$&$#^%#$%@%@^@!!#%@^&&^*(*&%^*$%&# płytach chodnikowych, ale na szczęście tylko do rozejścia szlaków. Zgodnie z zamysłem mojej trasy skręciliśmy w prawo i już do końca rajdu, niemal cały czas trzymaliśmy się granicy polsko-czeskiej.
Po chwili trafiliśmy na ciekawe formacje skalne, które mają jakże słodką nazwę ,,Trzy Świnki”. Nazwa związana jest z legendą. ,,Opowiada ona o Liczyrzepie, który pewnego razu najął się jako pomocnik w gospodarstwie do wypasu świń. Kiedy przyszedł czas wypłaty chciwy gospodarz nie chciał jednak dać Liczyrzepie pieniędzy i ukrył trzy świnie chcąc oskarżyć go o ich stratę w trakcie wypasu i w ten sposób uniknąć płatności. Duch Gór przejrzał jednak zamiary nieuczciwego gospodarza i przywiódł go na miejsce gdzie ten wcześniej ukrył zwierzęta. Następnie nadymał trzy świnie tak że pękły a na koniec zamienił je w kamienie” (tak Wikipedia)

Trzy Świnki sfotografowane z Twarożnika.

Po przejściu przez Świnki doszliśmy do rozwidlania szlaków, w tym na szlak skręcający w prawo, do Czech i tutaj pierwszy raz odbiliśmy od czerwonego szlaku, po to, by najpierw udać się do źródła Łaby, a następnie do Wodospadu Panczawy. Jak się okazało źródło Łaby pokryte jest dosyć sporą warstwą, ale woda w studzience była na wyciągnięcie ręki. Łaba to rzeka, która ma ponad 1500km i wpada do Morza Północnego. Przy jej źródle jest ściana, na której jest mozaika, która przedstawia herby miast, przez które ta rzeka przepływa, oraz syrenka… w dziwnej pozie.

Po napojeniu się herbatą ruszyliśmy dalej, tym razem do najwyższego wodospadu w Karkonoszach, a jest nim Wodospad Panczawy. Wodospad ma 250m wysokości, a widok z góry wodospadu jest po prostu bajeczny. Wiele minut siedzieliśmy na jego krawędzi i zachwycaliśmy nasze oczy tymi widokami.

 

Najwyższy wodospad w Karkonoszach. Znajduje się on parę minut marszu od granicy Polsko-Czeskiej (po Czeskiej stronie) i ma wysokość 250m.
Widok na Łabski Kocioł na szlaku prowadzącym z Łabskiej Budy do Wodospad Panczawy.

Powrót do Polski lekki nie był, a to za sprawą podejścia na Śnieżne Kotły, ale również i tym razem widoki wynagrodziły cały wysiłek, po prostu miazga. Następnie ruszyliśmy za tłumem, żółtym szlakiem do Schroniska Pod Łabskim Szczytem, nie zauważając znaku z informacją o zamknięciu szlaku (szkoda, że na stronie KPN jest informacja o zamknięciu szlaku poniżej Śnieżnych Kotłów, a na temat żółtego szlaku nie ma słowa). Na szlaku okazało się, że… mamy do przejścia kilka płatów śniegu, na szczęście mokrego, więc ryzyko upadku było stosunkowo małe (zwłaszcza, jeżeli szło się poza wydeptaną ścieżką).

Karkonosze, weekend majowy. Niby lato, cieplutko (tzn. stosunkowo cieplutko), ale w niektórych miejscach nadal zdarzają się takie piękne płaty śniegu.

Dojście do schroniska oznaczało dojście do dzisiejszego celu. Z tym, że jeden z uczestników został wysłany w delegację do Biedronki (za co cała grupa była mu niezmiernie wdzięczna), a dwóch innych uczestników poszło się przejść po okolicy. Ja z resztą grupy postanowiłem zostać i odpoczywać. Wieczór by dosyć kryzysowy pod względem zmęczenia i tuż po wyłączeniu prądu (w schronisku pod Łabskim Szczytem prąd jest dostępny od 17:00 do 22:00) momentalnie usnęliśmy.

Basen w bucie i nocleg z grupą numer cztery

Kolejny dzień, był dniem w którym od poprzedniego wieczora nie wiedziałem jak ogarnąć trasę. Według prognoz pogody czekały na nas silne burze, a my cały dzień mieliśmy iść Główną Granią Karkonoszy. Nie muszę mówić, że burza w takim miejscu jest raczej mało ciekawa. Postanowiłem iść na początek obejściem zielonego szlaku (który prowadzi pod Śnieżnymi Kotłami i jest zamknięty). Szlak ten prowadził cały czas lasem, ale miał pewne trudności techniczne, więc zdecydowanie nie było nudno. Gdy doszliśmy do Rozdroża pod Wielkim Szyszakiem, miałem podjąć decyzję co dalej… a ponieważ robiło się coraz cieplej i pojawiało się słońce, to postanowiłem, że wracamy niebieskim szlakiem na grań. Jakieś 1,5h później rozpoczęła się gigantyczna ulewa, na szczęście byliśmy dosyć blisko Schroniska Odrodzenie, w którym zrobiliśmy dłuuuugą przerwę i próbowaliśmy wysuszyć swoje rzeczy. 30min ulewy wystarczyło, żeby z buta wylać basen olimpijski, no i nie muszę mówić, że but nie miał prawa wyschnąć przed wyjściem na dalszą część szlaku. Przy okazji w schronisku spotkaliśmy trasę numer 2. W trakcie przerwy wymyślaliśmy też jak zrobić drugie zadanie, które polegało na tym, że mieliśmy opisać nasze koło używając wyłącznie wyrazów na literę ,,P”.

Dwie godziny później, postanowiliśmy ruszyć dalej. Nasz cel był już tylko 2,5h od nas. Niestety pogoda dalej nie rozpieszczała, szło się w chmurze, mając pod nogami, raz skałę, raz jeziorko, a w dalszej części również i płaty śniegu. Po dojściu na Równię Pod Śnieżką, skręciliśmy w lewo, schodząc po…. Tak płytach chodnikowych do Schroniska Strzecha Akademicka, a tam czekała już na nas uśmiechnięta trasa numer 4. Po przebraniu wszystkich mokrych rzeczy i prysznicu, zaczęliśmy się integrować. Było wesoło, bardzo wesoło. A swoją drogą, odnośnie suszenia rzeczy, to ciekawy patent był na wysuszenie butów. Polegał on na tym, że na pierwszym piętrze schroniska, pod sufitem były rury z ciepłą wodą, tak więc w trzech chłopa (najwyższy podsadzał najlżejszego, ten dawał buty na rury, a trzeci podawał buty z podłogi do jego rąk). Ludzie się dziwnie na nas patrzyli, no ale co jest głupie, a działa, nie jest głupie.

Korona Gór Europy, chaszcing, gigantyczny obiad i anomalia grawitacji

W końcu nadszedł dzień chodzenia na lekko! Wynikało to z faktu, że kolejną noc spędzaliśmy również w Schronisku Strzecha Akademicka i również z grupą numer 4. Oznaczało to, że do plecaka bierzemy tylko mapę, picie i coś do jedzenia. Naszym głównym celem była Śnieżka, od którą dzieliło nas jakieś 2h marszu pod górkę. Początkowo na szlaku pusto, później coraz więcej ludzi.
Przed nami było ostatnie podejście na szczyt, które nawet dosyć płynnie udało mi się pokonać, myślałem, że będzie gorzej na nim. Na szczycie oczywiście wiało, no ale cóż… na Śnieżce wieje 300 dni w roku, tym bardziej dziwi fakt, że udało się na nim zbudować cokolwiek, a jest tam kapliczka, była restauracja, stacja meteo, a od strony Czeskiej budynek kolejki gondolowej. No ale nic, grunt, że trafiliśmy na jeden z około 75 dni w roku, w którym nie ma mgły i widoki były fenomenalne. Na szczycie zrobiliśmy sobie jeszcze zdjęcie grupowe i zadowoleni ze zdobycia jednego ze szczytów do Korony Gór Polski i do Korony Gór Europy, ruszyliśmy w dół, tym razem szlakiem okrężnym.

Wspaniały widok na Czeską stronę Karkonoszy, uchwycony ze Śnieżki.

Po zejściu do Domu Śląskiego mieliśmy wrócić na Główny Szlak Sudecki, odbijając w prawo w kierunku Karpacza, tyle, że… Szlak z nieznanych mi powodów był zamknięty. Część grupy ruszyła nim mimo wszystko, a  ja z jedną osobą postanowiliśmy zrobić jego obejście… Ale koniec końców, również wylądowaliśmy poza szlakiem, bo postanowiliśmy chaszczować po stoku narciarskim. Było ciekawie, zwłaszcza, w momencie, gdy usłyszeliśmy warczenie z lasu. Swoją drogą zrobiliśmy niezłą sensację wśród ludzi będących na wyciągu krzesełkowym, którym wyjeżdża się z Karpacza na Kopę. ,,To tędy prowadzi szlak?” cóż no nie prowadzi, proszę szanownych turystów, ale wolimy iść trasą narciarską, gdzie jest miękko, niż iść po kamieniach na dół.

Trawersowanie stoku narciarskiego? Ja nie dam rady? Ja?!

Na dole byliśmy tuż przed resztą grupy i bardzo szybko postanowiliśmy zjeść obiad. Przy okazji czekania na obiad, wymyślaliśmy rozwiązanie zadania numer trzy, czyli co można robić w górach oprócz chodzenia po górach.  Po zamówieniu smażonego sera okazało się, że są aż dwa placki takiego sera, więc objedliśmy się niesamowicie. Pozostały nam teraz zakupy w Żabce i powrót do Strzechy..  Po drodze minęliśmy jeszcze miejsce,  w którym droga jest tak ukształtowana, że występuje złudzenie optyczne i człowiekowi wydaje się, że jedzie samochodem z górki, a tak naprawdę jedzie pod górkę anomalia grawitacyjna (jeszcze by ktoś mnie posądził, że rozsiewam jakieś bajki i nie będą mieli w tym miejscu turystów, dających butelkę wody na ulicę, albo zatrzymujący się samochodami, bo ze względu na to, że w tym miejscu grawitacja jest 4% mniejsza, to ich samochód jedzie do tyłu, mimo, że droga prowadzi w dół). Po pokonaniu 3,2km podejścia pojawiliśmy się w schronisku, w którym czekały na nas kolejne dwie uczestniczki mojej trasy.

Finał

Ostatni dzień marszu po górach polegał na zejściu ze Strzechy do Przesieki. Na początek udaliśmy się w kierunku Kotła Małego Stawu, takie małe Morskie Oko, coś przecudnego.

Kocioł Małego Stawu w Karkonoszach. Przecudne miejsce.

Im bliżej Karpacza, tym więcej turystów, co gorsza turystów, którzy idą całą szerokością szlaku (a szlak miał tyle miejsca, że dwa samochody by się zmieściły). Po zejściu do Karpacza zobaczyliśmy z zewnątrz kościół Wang, a następnie… zostawiliśmy plecaki Stefanowi (tzn ta cześć grupy, która nie poszła mocno do przodu, bo chciała iść do zamku Chojnik, ale nie zdążyli), który samochodem przewiózł je do bazy, a my na lekko przeszliśmy przez lasy do Przesieki, w której czekał już na nas zarząd, a po chwili również obiad.

Po obiedzie odbyły się zawody w przeciąganiu liny i w skokach w workach, a następnie część oficjalna, a po niej ognisko, no i zabawa do białego rana.

A poranek nastąpił bardzo szybko, bo już o 7:45 mieliśmy śniadanie, a o 9:30 wyjazd UEKbusem do stacji kolejowej Jelenia Góra Główna, z której to pojechaliśmy pociągiem IC do Krakowa. Dzięki Bogu, że był dłuższy postój we Wrocławiu, bo przynajmniej można było iść do KFC.

Koło godziny 17:00 dojechaliśmy do Kraków Płaszów, gdzie z wielkim smutkiem nastąpiło pożegnanie z uczestnikami rajdu.

 

Na sam koniec chciałbym podziękować mojej grupie, która była bardzo mocno zdyscyplinowana, każdy tak naprawdę pomógł mi jako ,,przewodnikowi”, a to było ważne, bo to mój drugi rajd, który prowadzę i pierwszy który prowadzę sam. No i co… Do zobaczenia na szlaku

Zrób to sam:

Dojazd:
Kraków – Wrocław – Flixbus, odjazd o 7:20 z MDA
Wrocław – Świeradów – SpeedBus, odjazd 11:45

Szlaki:
Dzień 1: https://mapa-turystyczna.pl/route?q=50.892297,15.308992;50.862998,15.389542;50.845555,15.491789;50.794069,15.500936

Dzień 2: https://mapa-turystyczna.pl/route?q=50.794069,15.500936;50.7611105,15.5448818;50.787973,15.537189

Dzień 3: https://mapa-turystyczna.pl/route?q=50.787973,15.537189;50.7898591,15.5719997;50.750971,15.708663

Dzień 4: https://mapa-turystyczna.pl/route?q=50.750971,15.708663;50.736215,15.739632;50.7388095,15.7406057;50.7562072,15.7479539;50.773733,15.738865;50.750971,15.708663

Dzień 5: https://mapa-turystyczna.pl/route?q=50.750971,15.708663;50.809246,15.652074

Powrót:
Jelenia Góra – Kraków Płaszów – PKP IC, odjazd 10:33

Świat widziany oczami Krzysztofa Staszkiewicza

%d blogerów lubi to: