Główny Szlak Świętokrzyski

Wakacje studenckie trwają w najlepsze, chyba nie ma lepszego momentu na kolejny kilkudniowy wyjazd w góry niż teraz. Tym razem, po małej kompromitacji na Szlaku Orlich Gniazd, na celownik wziąłem Góry Świętokrzyskie,  a konkretnie najkrótszy z głównych szlaków górskich, czyli Główny Szlak Świętokrzyski.

Główny Szlak Świętokrzyski im. Edmunda Massalskiego liczy sobie około 100km długości (w zależności od źródła). Jego początek ma miejsce w miejscowości Kuźniaki, a koniec w miejscowości Gołoszyce. Na wstępie przyznam się, ze nie chciało mi się zbyt pędzić, w związku z czym podzieliłem szlak na 4 dni marszu.

Dzień 1: Kuźniaki – Wykieńska, 20,2km.

Spotkanie z osobą towarzyszącą zaplanowane było o 6:50 na dworcu i chwilę później siedzieliśmy już w pociągu, którym dojechaliśmy do Kielc. Tam korzystając z chwili przerwy poszliśmy sobie na odżywcze śniadanie do McDonald. Ostatnim etapem podróży był przejazd busem do miejscowości Kuźniaki. Po przyjeździe zapoznaliśmy się z ciekawostkami, które były napisane na tablicy turystycznej, podbiliśmy pieczątkę do książeczki GOT i ruszyliśmy… w złą stronę. Tak otóż założyłem, że początek szlaku wyznacza tabliczka z informacją na temat tego szlaku (i w dodatku z czerwoną kropką), a zaraz za nią był znak, że szlak skręca w prawo, no to tam poszliśmy. No i idziemy, idziemy, idziemy i w pewnym momencie zauważyłem, że coś jest nie tak. Szybko zauważyłem na mapie, że faktycznie się zapędziłem nie tam gdzie trzeba, w związku z czym zarządziłem odwrót. Jak się okazało druga czerwona kropeczka jest na słupie, który jest nieco z boku przystanku. Po straconych 15min ruszyliśmy właściwą drogą na szlak, po to by zacząć 4 dni przygody.
Na dzień dobry minęliśmy Wielki Piec Hutniczy z 1782r, natomiast ze względu na brak czasu odpuściliśmy sobie wejście na jego teren. Po chwili byliśmy już w lesie, zupełnie sami, co oczywiście nam bardzo pasowało. Po minięciu Piecowej Góry weszliśmy do pierwszego rezerwatu na naszym szlaku. Rezerwat Perzowa Góra… szczerze mówiąc zostałem mocno zaskoczony tym co tam zobaczyłem. Po pierwsze już na wstępie przywitało nas bardzo strome (ale też bardzo krótkie) podejście, podejście, które spowodowało, że uświadomiłem sobie, że na plecach mam parę kilogramów, tak ze dwadzieścia. Zaraz za podejściem, w lesie czekały na nas niewielkie formacje skalne. Śmiem twierdzić (chociaż mogę się mylić), że kilkaset milionów lat temu (pasmo to ma 500mln lat) miejsce to mogło wyglądać jak góry Stołowe. Kolejną ciekawostką, która mnie zaskoczyła to była sama Perzowa Góra, a konkretnie formacja skalna, jakieś dziesięć metrów od szczytu. Formacja ta bardzo przypominała mi Błędne Skały (zmniejszone do wielkości kilku skał), ba do tego stopnia, że musiałem zrobić obejście szlaku, bo za żadne skarby świata nie mieściłem się z plecakiem (a dokładnie z namiotem) między dwiema skałami. Ostatnią ciekawostką na Perzowej Górze była kaplica, która jest wbudowana w skałę. Na dzień dzisiejszy nie jestem w stanie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego nie zrobiłem zdjęcia tej kaplicy?


Po zjedzeniu drugiego śniadania ruszyliśmy w dalszą trasę. Szlak prowadził w dół bardzo przyjemnym szlakiem, na którym nie musieliśmy się martwić o kamienie, korzenie i co tam by jeszcze mogło zaszkodzić naszym stopom. Po chwili zgubiliśmy się po raz drugi, również przez moje przeoczenie, tak więc od tej pory zmuszałem się do zwracania uwagi na znaki (chociaż akurat kolejny odcinek był świetnie oznaczony). Na chwilę wróciliśmy do cywilizacji, bo oto szlak zbliżył się do miejscowości Hucisko. Tam też spotkaliśmy pierwszych (i jedynych tego dnia) turystów… tudzież górołazów, zwał jak zwał.
I znów las, niby nie ma sensu zbyt się rozpisywać, ale te lasy miały coś w sobie, ale co? Tego nie umiem określić, po prostu pewien urok. Po godzinie doszliśmy do kolejnej miejscowości, miejscowości z całkiem ładnym widoczkiem. To był dobry moment na odpoczynek. Niestety wybraliśmy złe miejsce, bo okazało się, że jakieś ,,pisiont” metrów dalej jest platforma widokowa (z naszej perspektywy nie było jej widać przez zabudowania).

Godzinę później udało się nam przeprowadzić skuteczny atak szczytowy na… Baranią Górę. Tak ja wiem, że to nie możliwe, bo Góry Świętokrzyskie od Beskidu Śląskiego dzieli jakieś 190km w linii prostej, ale serio byliśmy na Baraniej Górze. Co prawda ta Barania Góra wznosi się tylko 420m n.p.m ale nadal to Barania Góra.
Niedługo później szlak zaczął robić się bardzo widokowy, sama przyjemność dla oczu… niestety po tej przyjemności czekał nas pierwszy horror dla stóp, otóż pojawił się wróg numer jeden, asfalt… Na długości 3,5km. Ale z drugiej strony dzięki temu trafiliśmy do sklepu, w którym zakupiliśmy sobie to czego nam brakowało (tzn przede wszystkim woda, dużo wody). Przy okazji okazało się, że sklep prowadzi sołtys, z którym zamieniliśmy parę miłych słów, on nas ostrzegł przez dzikimi zwierzętami i dzikimi miejscowymi (czytaj pijakami, którzy moim zdaniem są dużo większym zagrożeniem podczas spania w namiocie niż jakikolwiek dziki zwierzak).


Gdy doszliśmy do końca asfaltu czekała na nas przeprawa przez główną drogę. Jakież było moje zdziwienie, gdy doszliśmy do przejścia i natychmiast zatrzymał się samochód jadący w kierunku Kielc, a od Kielc zatrzymała się rozpędzona ciężarówka. Szacunek dla tamtejszych kierowców.
Przed nami ostatnie podejście tego dnia. Podejście na szczyt Góra Kamień. Oczywiście nie było ono strome i po chwili byliśmy na porośniętym przez las szczytem. Od tego momentu zaczęliśmy szukać miejsca noclegowego. Ostatecznie kilometr dalej, dokładnie na szczycie Wykieńskiej rozbiliśmy namiot, zjedliśmy kolację i poszliśmy spać.

Dzień drugi: Wykieńska – Radostowa, 27km

Drugi dzień naszego marszu zaczęliśmy około 9 rano. Na dzień dobry czekało na nas dość strome (jak na warunki w Górach Świętokrzyskich) zejście do Tumlina – Podgród, a następnie lekkie podejście do Rezerwatu Kręgi Kamienne. W rezerwacie tym znajdowały się niegdyś pogańskie kręgi kamienne, które zostały w znacznym stopniu zniszczone przez kamieniołom. Niegrzeczne łobozy. Na szlaku można też spotkać kaplice pw. Przemienienia Pańskiego z 1850r.


Po wyjściu z rezerwatu od razu weszliśmy do miejscowości Tumlin- Węgle. Słuchajcie, może to dziwnie zabrzmi, ale nigdy się tak nie cieszyłem widząc cmentarz, serio. A dlaczego? Ano dlatego, że skoro cmentarz, to z pewnością będzie w okolicy jakiś sklep z wiązankami, a to oznacza, że istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że będzie tam woda. A wody zabrakło mi już na podejściu do rezerwatu, więc susza była przeokrutna. No i nie myliłem się, woda znaleziona, od razu człowiek zrobił się przeszczęśliwy!
Po uzupełnieniu płynów ruszyliśmy dalej, do początkowo bardzo przyjemnego lasu, w którym zrobiliśmy przerwę na drugie śniadanie. Miejsce wybitnie spokojne i cudowne… Do czasu, gdy usłyszałem silnik, chwilę później minęła nas ciężarówka z drzewem… Cóż klnąc pod nosem (bo wiedziałem co to oznacza pod względem tego jak później będzie wyglądał szlak) ruszyliśmy dalej. A dalej zgodnie z przewidywaniem szlak zmienił się w tor przeszkód, który po deszczu byłby nie do przejścia. Na szczęście im dalej, tym szlak był w lepszym stanie i robiło się coraz przyjemniej.
Kolejny szczyt zdobyty! Tym razem była to Sosnowica, zarośnięta lasem, jak rower w pokrzywach. Chwilę później zaskoczył nas pomnik, którego nigdzie na mapach nie zauważyłem. Jest to pomnik upamiętniający 4 Pułk Piechoty Legionów Armii Krajowej. W tym miejscu szlak na chwilę wkroczył na asfalt, po to by po chwili odbić w lewo i przeprowadzić nas przez… przejście dla zwierząt nad S7.


Kolejny odcinek był bardzo przyjemny, co jakiś czas mogliśmy spotkać ślady jakiś zwierząt. Kilkadziesiąt minut później doszliśmy do Dąbrowy, przez którą musieliśmy przejść asfaltem (a jakby inaczej), ale znów trafiliśmy na sklep, tak więc kolejne napoje kupione. Zaraz za sklepem, po wejściu do lasu urządziliśmy obiad, składający się ze świeżych bułeczek i pysznego masła orzechowego od Felixa. To wzmocniło nasze morale, a tego potrzebowaliśmy, bo po pierwsze czuliśmy, że nasze stopy mają nieco dość (głównie przez asfalt), a poza tym byliśmy trochę w plecy z czasem.
Obiadek został zjedzony błyskawicznie, tak więc po chwili stopy znów wylądowały w butach i poniosły dalej. A zaniosły nas do Masłowa Pierwszego, w którym to z uśmiechem na twarzy powitał nas asfalt… 3,5km… ja pi@#$%^&**&^%$#@! Dobra może zbyt narzekam, tak więc wyjaśnię o co chodzi z asfaltem, otóż asfalt był, jest i będzie wrogiem tych, którzy chodzą po górach. Wydawać by się mogło, że asfalt oznacza brak stromych zejść i podejść (co nie zawsze jest prawdą), ale z drugiej strony niestety, ale daje on mocno w kość jeśli chodzi o stopy, zwłaszcza jeżeli ktoś ma buty za kostkę i plecak powyżej 10-15kg, serio nas na tym szlaku dużo bardziej męczył asfalt, niż podejścia.
No dobra, ale w końcu pojawiliśmy się w nieszczęsnym Masłowie Drugim, gdzie kupiliśmy zapasy na wieczór i na poranek kolejnego dnia, a następnie złapaliśmy oddech. W końcu w tym miejscu szlak zaczyna przypominać góry. Na początek mieliśmy bardzo lekkie podejście na Klonówkę, przy której znajduje się Diabelski Kamień. Legenda mówi, że kamień ten miał zniszczyć klasztor na Świętym Krzyżu, no ale Diabeł, który leciał z tym kamieniem, nieco się scykał, gdy usłyszał zapianie koguta, no i mu się kamień wyślizgnął i wylądował na szczycie Klonówki.

I w końcu pojawiło się nieco bardziej ,,beskidzkie zejście”, tj. 100m wysokości na 500m odległości. Coś się zaczęło dziać, coś czego mi brakowało. A przed nami było już ostatnie podejście, podejście na Radostową, dużo łagodniejsze niż poprzednie zejście, bo na 1km pokonywało różnicę 165m. Po dojściu na szczyt zobaczyliśmy coś czego potrzebowaliśmy, po pierwsze dużo miejsca na namiot, po drugie miejsce na ognisko. Po rozłożeniu namiotu, rozpaliliśmy niewielkie ognisko, na którym, przy użyciu menażki, zrobiliśmy przepyszną kolację w formie pulpetów ze słoika od Pudliszek. Jakież było moje zaskoczenie, gdy nagle z miejscowości, która była poniżej nas usłyszałem… Apel Jasnogórski. Nie zazdroszczę mieszkańcom.
Po skonsumowaniu kolacji, wymyciu się nawilżonymi chusteczkami poszliśmy spać.

Dzień 3: Radostowa – Trzcianka, 24,5km

Trzeci dzień był już dniem nieco luźniejszym niż dzień poprzedni, przynajmniej jeżeli chodzi o kilometraż, bo jeżeli chodzi o ogół to miał być najcięższy dzień na tym szlaku. Z uśmiechem na twarzy ruszyliśmy o 8 rano w kierunku miejscowości Krajno Pierwsze. Nie ukrywam, początek był kiepski, bo szlak w pewnym momencie był niezbyt dobrze oznaczony, później przebiegał przez odsłonięte pola, co wiązało się z gorącem, a następnie wchodził na asfalt na 3,5km. ALE! Te niedogodności wynagrodzone były widokami. No i sklep, pierwsze co zrobiliśmy to długa przerwa na śniadanie ze świeżymi bułeczkami. Dopiero po niej ruszyliśmy dalej. A dalej, tuż przed Świętą Katarzyną przyszło nam ratować zaskrońca, tzn pomóc mu przedostać się przez drogę. Zresztą na całym szlaku mieliśmy okazję spotkać sporo zaskrońców, chociaż i tak nic nie przebije jaszczurek, których było tak dużo, że jeszcze trochę, a chyba by nam przeskakiwały po butach.


W końcu doszliśmy do wejścia do Świętokrzyskiego Parku Narodowego. To tutaj czekało na nas najcięższe podejście na całym szlaku, podejście na Łysicę, czyli na najwyższy szczyt Gór Świętokrzyskich. Na dystansie 1,8km, szlak wspina się 237m w górę. Trochę mi brakowało takich podejść, chociaż nie ma co ukrywać, że z takimi plecakami trochę było męczące. Zresztą dość znacznie się wyróżnialiśmy na szlaku, no bo szlak jest łatwy, 2h w obie strony, no to typowi turyści (których była cała masa) byli ubrani w adidasy, mały plecak, ew nawet tylko butelka wody i wsio, a my buty górskie, już widać po nas, że to nie pierwszy dzień, a na plecach ,,pociąg towarowy”, jak to genialnie określił przemiły Pan, z którym mieliśmy okazję pogadać podczas całego podejścia na szczyt. Po 45min byliśmy już na szczycie i podziwialiśmy ogromne gołoborze.

Największe gołoborze w Górach Świętokrzyskich i jedno z największych w Europie.

Po przerwie oraz zrobieniu zdjęcia, podziękowaliśmy miłemu Panu i jego rodzinie za towarzystwo i ruszyliśmy dalej. Po chwili byliśmy na drugim wierzchołku, na skale Agaty (pozdrowienia dla Agat). Tutaj na szlaku było już znacznie mniej osób, co nie znaczyło, że nie było ich wcale. Naszym kolejnym celem była przełęcz Świętego Mikołaja. Miałem nadzieję, że dostanę prezent od Świętego Mikołaja, ale dupa, na przełęczy spotkaliśmy tylko bandę gimbazy (na szczęście już się zwijała) i kaplicę Świętego Mikołaja. Tutaj zarządziliśmy krótką przerwę, po której ruszyliśmy w dół do miejscowości Podlesie. Tam czekał na nas krótki (ale mocno męczący przez upał) odcinek asfaltem i powrót do Świętokrzyskiego Parku Narodowego. W tym miejscu spotkaliśmy drugą parę pokonującą GSŚ, ale w odwrotnym kierunku.


Idąc skrajem lasu połapałem się, że znów mamy problem z noclegiem, a mianowicie… nie mamy gdzie się rozbić, bo teoretycznie w Parku Narodowym nie można, a z drugiej strony musielibyśmy przejść jeszcze spory dystans, by dojść do miejsca, gdzie mogliby się kręcić miejscowi po napojach wyskokowych. Po chwili siedzenia w internetach znalazłem to czego szukałem, czyli agroturystyka ,,Przy Szlaku” w Trzciance. Udało się nam zarezerwować ostatni pokój.
No ale wróćmy do szlaku, bo po pierwsze dostaliśmy jakiś zastrzyk energii, a po drugie znów zaczęło robić się coraz ciekawiej, bo oto doszliśmy do kolejnej turystycznej miejscowości,  a mianowicie do Huty Szklanej, znajduje się tutaj osada średniowieczna (w której był jakiś festiwal folklor), a przede wszystkim tutaj zaczyna się najszybsze podejście na Święty Krzyż. Tutaj skusiliśmy się na jedzonko, nie żeby było bardzo złe, ale jeśli ktoś chce zjeść coś smaczniej i taniej, to niech wytrzyma do klasztoru, gdzie jest stołówka, w której za niewielką cenę można zjeść obiad. Po zatankowaniu ,,pod korek” ruszyliśmy w górę. Podejście banalne, po bokach chodnika, zostawiony niewielki pas ziemi, po której się wychodziło również przyjemnie. Oczywiście bardzo zwracaliśmy na siebie uwagę wśród turystów, no ale co poradzisz.
Na szczycie odpuściliśmy sobie ponowne płacenie za zobaczenie Gołoborzy, ale za to nie odpuściliśmy sobie zobaczenia klasztoru. Bazylika mniejsza pw. Trójcy Świętej i sanktuarium Relikwii Drzewa Krzyża Świętego jest najstarszym sanktuarium w Polsce. Budowa została zakończona w 1789r. Jest to bardzo skromna świątynia, natomiast obrazy, które ozdabiają całą świątynie są naprawdę ładne. Długo w bazylice nie byliśmy, bo popatrzyliśmy tylko jak wygląda, pomodliliśmy się i wyszliśmy na zewnątrz, gdzie na dłuższą chwilę usiedliśmy na trawie i podziwialiśmy widoki.

Ostatnim etapem było zejście do Trzcianki. Tam byliśmy co najmniej godzinę przed tym co planowaliśmy, przez co pokój jeszcze nie był przygotowany, ale za to przemiła Pani właścicielka zaproponowała nam gorącą herbatę i krupnik, który nie zszedł podczas obiadu. Osz ludzie jakiego banana miałem na twarzy jak usłyszałem słowo KRUPNIK ❤ Gdy dostaliśmy klucze do pokoju, przypomnieliśmy sobie, że nie mamy nic do picia na ostatni dzień. Zapytałem się Pani czy mogłaby sprzedać nam jakąś butelkę wody… Okazało się, że właśnie jedzie na zakupy, na które zgarnęła i mnie.
Tak odnośnie górołazów, właśnie w tej agroturystyce spotkaliśmy kolejną parę idącą GSŚ do Kuźniak, tym razem były to dziewczyny.

Dzień 4: Trzcianka – Gołoszyce, 20,3km

Ostatni dzień naszej wędrówki zaczęliśmy również o 8 rano, chodziło o to by na spokojnie zdążyć na busa o 16:45 z Gołoszyc do Kielc. Jak się okazało coś nam się stało, może świadomość, że tego dnia prawie wcale nie mamy asfaltu na trasie, nie wiem, wiem tyle, że trzymaliśmy od rana świetne tempo (w stosunku do poprzednich dni).
Pierwszym etapem było podejście na Kobylą Górę, po to by następnie z niej zejść do Paprocic, tam czekał na nas ostatni, krótki odcinek asfaltem. Następnie na dobre zaszyliśmy się w lesie, na przeprzyjemnym szlaku. Dwa kilometry dalej i 188m wyżej byliśmy na Górze Jeleniowskiej, gdzie spotkaliśmy lokalnych, sympatycznych turystów, a właściwie turystki. Było miło, ale czas gonił, więc ruszyliśmy dalej. W kierunku Szczytniaka, pod którym nieco się pogubiliśmy, ale na szczęście szybko znaleźliśmy szlak. Idąc dalej w kierunku Gołoszyc mieliśmy szlak tylko dla siebie, coś tam w krzakach przez chwilę nam tuptało, ale zdaje się, że to coś było bardziej zaskoczone nami, niż my nim. Za szczytem Wesołówka spotkaliśmy kolejną ekipę, której celem były Kuźniaki. Tym razem to było dwóch facetów i dwójka dzieci. Jak dla mnie nie mogli trafić lepiej z wyborem gór jeśli chodzi o dzieci i pierwsze długodystansowe szlaki. Nieco dalej wyprzedzili nas rowerzyści, po czym my ich wyprzedziliśmy (gdy oni mieli przerwę), a później znowu oni nas, gdy z kolei to my mieliśmy przerwę. Zresztą ta przerwa była już stosunkowo niedaleko Gołoszyc. To był ostatni moment, by wsłuchać się w tą niesamowitą ciszę w lesie… chociaż nie, nie tyle ciszę, bo las wydaje też pewne dźwięki i to właśnie w te dźwięki wsłuchiwaliśmy się, leżąc na karimatach, z plecakami pod głowami jako oparcie,  myślę, że tak z godzinę.

Las w Górach Świętokrzyskich. Kolejne wizje artystyczne.

Żal było schodzić, no ale nie było wyjścia, bo już po chwili szlak skręcił w prawo i nieubłaganie schodził w dół. Gdy doszliśmy do Gołoszyc, czekały na nas dwie atrakcje… w sumie to trzy… a raczej nie atrakcje, co ciekawostki. Pierwszą był cmentarz wojenny z okresu Pierwszej Wojny Światowej. Na cmentarzu pochowanych jest 210 żołnierzy austriackich (w tym pięciu polskich legionistów) oraz 89 żołnierzy armii carskiej. Tuż przy cmentarzu znajduje się pomnik przyrody, którym jest Aleja Lipowa, na której jest 88 drzew i to była druga ciekawostka. Trzecia ciekawostka, to nie ciekawostka, tylko sposób na skuteczne zmuszenie turystów do przyspieszenia kroku, a mianowicie tuż przy cmentarzu znajduje się spore gniazdo szerszeni. Na szczęście nie były nami zainteresowane.

Aleja Lipowa w Gołoszycach. To właśnie tutaj swój początek/koniec ma Główny Szlak Świętokrzyski.

No i koniec, doszliśmy do miejsca, w którym niegdyś czerwony szlak się kończył, teraz jest przedłużony nieco dalej, ale oficjalnie Główny Szlak Świętokrzyski w tym miejscu się kończy. Szybkie mycie chusteczkami nawilżonymi i dezodorantem w sztyfcie i czas łapać stopa. Bo jak planowałem być o 16:30 na przystanku, tak byliśmy przed 15. Przy okazji spotkaliśmy jeszcze kolejną parę, która zaczynała przejście GSŚ, z tym, że zaplanowali to na trzy dni.
Długo na stopa nie musieliśmy czekać, już po paru minutach zatrzymał się miły Pan, który podrzucił nas na dworzec PKP w Kielcach. Tam poszliśmy do luksusowej restauracji, po czym wróciliśmy na dworzec, by wrócić pierwszą klasą PKP IC do Krakowa.  do Mc’Donalds, po czym wróciliśmy na dworzec, by wrócić pociągiem Kolei Świętokrzyskich do Krakowa.

Podsumowując, Główny Szlak Świętokrzyski jest idealny jeżeli ktoś chce zapoznać się z urokami kilkudniowego chodzenia po górach z namiotem, jest idealny dla kogoś kto chce sprawdzić swoją kondycję przed dłuższymi szlakami, a w końcu jest idealny dla tych, którzy cenią w górach spokój, a w miejscowościach przez które się przechodzi chce spotykać miłych ludzi. Jestem naprawdę zadowolony, że miałem okazję się przejść tym szlakiem, mieć nieco odskoczni od Beskidów.

Świat widziany oczami Krzysztofa Staszkiewicza

%d blogerów lubi to: