Główny Szlak Beskidzki cz. 1

7 pasm górskich, 500 kilometrów, ponad 21,5km sumy podejść i nieco mniej sumy zejść, 666 punktów GOT i wiele przepięknych miejsc, taki jest właśnie Główny Szlak Beskidzki. Na początku wakacji zrobiłem mocne postanowienie, przejdę go całego, dzieląc trasę na trzy lub cztery części. W momencie gdy piszę ten artykuł połowa GSB jest już za mną.

 

O Głównym Szlaku Beskidzkim dowiedziałem się całkiem niedawno, serfując po różnych zakamarkach internetu, szukając ciekawych pomysłów na wakacje w Polsce. Początkowo mój wakacyjny pomysł przewidywał objazd Polski autostopem, jednak po zapoznaniu się z tematem Głównego Szlaku Beskidzkiego, tak mocno zainteresowałem się tym, że ostatecznie 19 lipca pojawiłem się w Krowiarkach.
Czemu tam? Ano dlatego, że dwoje znajomych z uczelnianego PTTK przy UEK postanowili przejść cały GSB za jednym zamachem, a ja zamierzałem się do nich dołączyć w Krowiarkach i przejść z nimi Beskid Żywiecki i Beskid Śląski. Niestety już drugiego dnia mój plan legł w gruzach, ale o tym za chwilę.

Beskid Żywiecki

W końcu nastał ten dzień, 19 lipiec, dzień w którym po raz pierwszy potraktuje czerwony szlak, nie tylko jako zwykły szlak po górach, ale też jako znak do spełnienia małego marzenia.
O poranku, gdy miasto powoli budziło się do życia, ja zasiadłem ,,wygodnie” w ,,superhipernowoczesnym” busie, który kursuje na trasie Kraków – Zawoja, Krowiarki i postanowiłem jeszcze chwilę odespać wczesną pobudkę. Jakieś 2,5h później pojawiłem się na przełęczy Krowiarki. To właśnie w tym miejscu planowałem czekać na znajomych, jednak po śniadaniu oraz jednym browarze postanowiłem zmienić plan i samemu ruszyć na Babią Górę. Szybki telefon, krótka rozmowa ,,Widzimy się na Markowych”.

Chwilę później ruszyłem w górę i już na starcie przegiąłem z tempem, przez co po jakiś 7min szybkiego marszu, serce waliło tak mocno, że czułem je niemal w głowie… Cóż tak to jest, gdy pierwszy raz wyrusza się samemu w góry i gdy się człowiek zapomni. Dziesięć wdechów, dziesięć wydechów, łyk wody i wszystko się unormowało.
Po jakiś 40min pojawiłem się na Sokolicy, na której postanowiłem zrobić chwilę przerwy, nawet nie po to, by odpocząć, lecz po to, by moje oczy nacieszyły się pięknymi widokami. Kolejnym pośrednim szczytem była Kępa, na której spotkałem przemiłe małżeństwo z Mazur, którzy towarzyszyli mi do szczytu.

Widok z Sokolicy
Szlak w okolicy Kępy.

Po 2h 15min od wyjścia z Krowiarek, pojawiłem się na królowej Beskidów, Babiej Górze. Jest to najwyższy szczyt na Głównym Szlaku Beskidzkim. W sumie na Babiej byłem już trzeci raz, ale dopiero pierwszy raz miałem okazję zobaczyć, jak jest tam pięknie, gdy świeci słońce. Po ulokowaniu się pod kamienną ścianką (no bo przecież Babia Góra, nie byłaby Babią Górą, gdyby na niej nie wiało), rozpocząłem pogadankę z pewnym facetem, z którym już na dole ,,stuknęliśmy się” piwkiem i który, jak się okazało, zdobywa Koronę Gór Polskich.
Swoją drogą nie wiem, czy wiecie, że Babia Góra to nie tylko Granica Państwa, ale również główny wododział europejski, który oddziela zlewnie wód Morza Czarnego i Bałtyku. No, to jak nie wiedzieliście, to już wiecie 😀

Przerwa na szczycie trwała jakieś 30, może 40min, kolejny cel na dzisiaj to Schronisko PTTK Markowe Szczawiny, w którym pojawiłem się po jakieś godzinie. W tym miejscu czekała na mnie długa przerwa, związana z oczekiwaniem na znajomych. W tej sytuacji, nie pozostało mi nic innego jak zrzucić plecak, usadowić się wygodnie w schronisku, zjeść coś dobrego i napić się czegoś zimnego.

Widok z Babiej Góry

Koło 19:00 zgrani i ubrani ruszyliśmy w kierunku Przełęczy Głuchaczki, od której dzieliło nas jakieś 11km i na której znajduje się sezonowa Baza Namiotowa. Z czystym sumieniem mogę polecić tą Bazę Namiotową. Nocleg kosztuje 9PLN (w Namiocie Bazowym, ze zniżką PTTK 7PLN), w cenie jest miejsce w namiocie bazowym, możliwość skorzystania z prysznica (ba czasami nawet jest w nim ciepła woda), możliwość picia herbaty i wody, bez żadnych ograniczeń, no i oczywiście papier w wychodku, że nie wspomnę o bardzo specyficznej, fajnej atmosferze.

Generalnie szlak na odcinku Schronisko na Markowych – Głuchaczki jest stosunkowo spokojny, jedyne co mi dało nieco w kość to podejście na Mędralową i zejście z niej, zwłaszcza, że cześć zejścia odbywała się przy świetle czołówek, a potrzeba snu dawała o sobie znać. Około 22:00 pojawiliśmy się w Bazie Namiotowej, w której bazowy przywitał nas gorącą herbatą.

Gdzieś w okolicy Mędralowej.

Morderczy Upał

Kolejny dzień rozpoczął się dla mnie około 6:30. Plan zakładał przejście z przełęczy Głuchaczki do Stacji Turystycznej Słowianki, w związku z czym postanowiłem wyjść nieco przed moimi znajomymi, by ich tak nie spowalniać. Pierwsze kroki po wyjściu z bazy, były skierowane na szczyt Jaworzyna i już wtedy można było poczuć, że ten dzień będzie bardzo upalny.

Baza Namiotowa Głuchaczki.

Od Jaworzyny, do przełęczy Glinne, szlak jest dość łatwy, po drodze zaliczamy trzy szczyty tj. Beskid Krzyżowski, Beskidek Korbielowski oraz Student. Przed każdym z nich mamy niewielkie podejście, a następnie zejście, a przypadkowych turystów raczej tutaj nie spotkamy, zresztą szlak nie jest wybitny jeżeli chodzi o widoki, więc nie ma czemu się dziwić. Natomiast zdziwieniem był fakt, że znajomi dogonili mnie dopiero w okolicach szczytu Student, z którego już tylko jedno zejście dzieli nas do przełęczy Glinne. Sama przełęcz to drogowe przejście graniczne, ale co jest istotne, jakieś 200m od szlaku, po słowackiej stronie, znajduje się sklep, głównie z alkoholem i czekoladą studencką, ale można w nim też nabyć niezbędną wodę, czy izotonik. Jest to o tyle istotne, że wkrótce czekało na nas mordercze podejście na Halę Miziową, tym bardziej mordercze, że podejście jest w pełnym słońcu, a w ten dzień, w którym tam byliśmy, w CIENIU było mordercze 32st.

W tym miejscu muszę podziękować Anecie i Robertowi, którzy zgodzili się na to, bym poczekał na nich na przełęczy, a korzystając z faktu, że musieli sobie kupić prowiant, również i mi zakupili wodę i izotonik.

Po przerwie, rozpoczęliśmy podejście, momentami zatrzymując się, by odżywić nasz organizm jagodami, które rosną na całej długości podejścia i są czymś wspaniałym w tak upalny dzień. Na podejściu pojawił się u mnie dość konkretny kryzys, w związku z którym puściłem Anetę i Roberta przed siebie i poprosiłem, by poczekali na mnie na Mizowej. W sumie to dziękowałem Bogu za to, że ktoś kto wyznaczył szlak, odpuścił sobie podejście na Pilsko. Tuż przed ostatnim podejściem na Miziową, stwierdziłem, że ja dziś dalej nie idę. Szybki SMS do Anety, z podziękowaniem za towarzystwo oraz informacja, że zostaję na noc na Hali Miziowej. Przeklinałem pod nosem jeszcze parę dobrych minut, ale jeszcze nie wiedziałem, jak wspaniała atmosfera jest, w sytuacji, gdy śpi się w zbiorowym pokoju z nieznajomymi ludźmi.

 Wesoły wieczór i deszczowe przedpołudnie.

Po dotarciu do schroniska i zameldowaniu się ruszyłem do pokoju zbiorowego (pokój 8-osobowy, ze zniżką PTTK chyba 25PLN). Jak się okazało już 3 łóżka są zajęte, w tym jedno przez osobę, która również szła GSB, ale w odwrotnym kierunku. Pogadaliśmy chwilę i ruszyłem się coś zjeść, a konkretnie, bardzo dobry Barszcz Czerwony z uszkami i średnie pierogi z mięsem. W międzyczasie w pokoju zjawiła się 4 osobowa rodzinka i tym samym pokój był w pełni zajęty. Jakieś 1,5h później, wszyscy siedzieliśmy na polu, podziwiając góry w blasku zachodzącego słońca, śpiewając piosenki turystyczne i pijąc wszelkiego rodzaju alkohole.

Kolejny dzień zaczął się od pysznej jajecznicy na boczku oraz od… ulewy. Załamany pogodą posiedziałem chwilę w schronisku, organizując przy okazji kolejny nocleg, tym razem w Węgierskiej Górce. Dopiero koło 10:30 postanowiłem wyjść ze schroniska. Plusem był fakt, że pierwsze 5-6km pokonałem wraz z jednym z chłopaków, którzy spali w tym samym pokoju co ja. Minusem? Brodzenie po kostki w strumieniach wodny, w które zmieniły się szlaki. Niedługo później dotarłem do pierwszego przystanku tego dnia, a było to schronisko PTTK na Rysiance, w którym spotkałem… rodzinkę, która nocowała z nami w pokoju na Miziowej. Miłe spotkanko, a jeszcze milej było zobaczyć, że po jakieś godzinie zaczęło wychodzić za chmur słońce, co prawda dosyć nieśmiało, ale zawsze to dobry znak.

Odcinek między Rysianką, a kolejnym przystankiem, tj. Stacja Turystyczna Słowianka, z pewnością może być dość pięknym odcinkiem, no ale niestety nie widziałem nic powyżej 100m ☹ Co gorsza Hala Wieprzska jest dość mocno zarośnięta  i oznaczeń praktycznie nie sposób dostrzec (zwłaszcza w taką pogodę), co spowodowało u mnie dość konkretną dezorientację. Warto też uważać kawałek za tą Halą, ponieważ obecnie jest tam wycinka drzew, co spowodowało kompletne zniszczenie szlaku i o uraz nietrudno.
Niedaleko Stacji Turystycznej czekała na mnie niespodzianka, a nawet dwie niespodzianki. Jedna była taka, że w pewnym momencie szlak ubezpieczony jest… łańcuchami, na odc. Ok 2-3m. Druga niespodzianka była arcymegahipergiga przyjemna, ponieważ zaczęło wychodzić słońce, co oznaczało, że wkrótce będę mógł się chociaż odrobinę wysuszyć. I tak też było, bo po dojściu do Stacji Turystycznej słońce już mocno grzało. W tej sytuacji nie pozostało mi nic innego, jak zdjąć buty i je również trochę wysuszyć.

Tuż przed wyjściem na ostatnie 9km szlaku, spotkałem dwóch turystów, którzy szli na Halę Miziową. I znów sytuacja, której można doświadczyć wyłącznie w górach i to najlepiej poza popularnymi szlakami (że o Cepostradach w Tatrach nie wspomnę). Otóż ja się pytam gdzie idą, oni się pytają gdzie ja idę, 5min gadamy i ,,a poczęstujesz się kielonkiem, domowej roboty nalewki?”. No i tak to wygląda. Jeden kielon na jedną nóżkę, drugi na drugą i kierunek Węgierska Górka. Po 6km zejścia dość błotnistym szlakiem, dotarłem do Żabnicy, skąd już tylko 3km do miejsca noclegowego.

Po drodze szlak mija Fort Wędrowiec. Jest to jeden z 16 fortów, wybudowanych w 1939r, gdy III Rzesza zajęła Czechosłowację. Wtedy też pojawiła się groźba ataku na Polskę. I tak też się stało. Na szczęście atak został odparty i to uwaga przez 1,2tys obrońców, podczas, gdy atakowało 17tys!!! W Forcie Wędrowiec znajduje się wystawa, na której można zapoznać się z przebiegiem walk. Wybaczcie, ale nie miałem siły, by tam wchodzić

Po dojściu do pensjonatu oraz zakwaterowaniu, a następnie zjedzeniu zupki Chińskiej, prysznicu oraz praniu, zasnąłem jak dziecko.

Burze, wszędzie burze, a ja na Baranią idę

Poranek przywitał mnie informacją, że dziś, od około 14:00 mają kształtować się burze… Średnio optymistyczne, no ale dziś do przejścia zaledwie 15km, więc nie powinno być większych problemów. Pierwsze kroki, które postawiłem rano na asfalcie skierowały mnie do pobliskiego Lewiatana, w celu uzupełnienia zapasów jedzenia i picia.

Chwilę później znalazłem czerwony szlak, którym spokojnym tempem ruszyłem w górę, zostawiając w tyle Beskid Żywiecki i witając się z Beskidem Śląskim. Pierwszym celem był szczyt Glinne. Jest to dość nieprzyjemne podejście, które na odcinku 8km, pokonuje różnicę wysokości 620m. Niestety w międzyczasie za moich pleców zacząłem słyszeć pomrukiwania i bynajmniej nie były to pomrukiwania kota, a pomrukiwanie burzy. Niezbyt ciekawie to wyglądało, zwłaszcza, że widać było ścianę wody gdzieś w okolicy Rysianki, a to (jak na burzę) dość blisko. Po 15min nieco się uspokoiłem, gdy zauważyłem, że burza idzie w przeciwną stronę. Ruszyłem dalej i po kolejnych 10min usłyszałem i zauważyłem potężną burze, która była prawdopodobnie gdzieś nad Żywcem. Na szczęście i ona dała mi taryfę ulgową.

Kiepsko to wygląda.
A to jeszcze gorzej.

Już ostatnie kroki dzieliły mnie od szczytu Glinne. Po dojściu na szczyt pojawił się przecudowny widok i… masa jagód. Chyba nie byłbym sobą, gdybym nie posilił się nimi. Od tego momentu szlak prowadzi granią, ze wspaniałym widokiem na Beskid Żywiecki oraz na Skrzyczne i okolice tego szczytu. Od Baraniej Góry dzieliły mnie jeszcze dwa szczyty, tj. Magurka Radziechowska i Magurka Wiślana. Powoli na szlaku pojawiało się coraz więcej ludzi, a to dlatego, że między szczytem Glinne, a Magurką Radziechowską, dołączają do GSB dwa szlaki, a kolejny dołącza na Magurce Wiślanej.
A ja w międzyczasie nadal zajadałem się jagodami. Zresztą wpadłem na genialny pomysł, który wynikał z faktu, że ilość posiadanej wody spadła poniżej stanu krytycznego, w związku z czym wyjąłem swój kubek, nazbierałem do niego jagód i wycisnąłem z nich soki. Niby nic, ale zawsze coś.

Przepiękny widok, gdzieś z okolic Magurki Wiślanej.
Widok na Skrzyczne.

Pięć godzin po wyjściu z Węgierskiej Górski, moja noga stanęła na Baraniej Górze. Chwila przerwy na rozkoszowanie się cudownymi widokami i czas zejść do schroniska, do którego mam jeszcze 3km, po drodze intensywnie szukając pewnego źródełka, które ewidentnie przecinało szlak i faktycznie udało się go znaleźć. Nie mam pojęcia ile wypiłem na raz wody, ale była to najlepsza woda w życiu.

Widok z Baraniej Góry

Gitara i odpoczynek w burzowy dzień

Schronisko pod Baranią Górą jest całkiem komfortowym schroniskiem, co prawda cały czas jest tam przebudowa, dzięki czemu schronisko jest naprawdę ładne, ale ta przebudowa w żaden sposób, nikomu nie przeszkadza.

W tym miejscu czuję się zobowiązany podziękować ekipie ze schroniska, która widząc, że sytuacja z gotówką u mnie jest… słaba, zaproponowała mi, że zapiszą mi na kartce ile wydałem i rano zrobię przelew bankowy. Jestem im niezmiernie wdzięczny za to. Oczywiście zameldowałem się w pokoju zbiorowym, tj. pokój na 11 osób. Szybka kolacja i jazda do ekipy grającej na gitarze. Ależ ja w tą noc zdarłem gardło, nawet burza, która w końcu przyszła, nie była w stanie nas uciszyć. Kocham taką atmosferę.

Następnego dnia nie miałem żadnych ambitnych planów, ale burza, która przyszła rano, zweryfikowała je wszystkie. Ten dzień spędziłem w schronisku za co stopy mi bardzo mocno dziękowały. Zresztą dzięki temu spotkałem kolejne osoby, które szły GSB, ale również w przeciwną stronę. Wśród nich była dziewczyna, która jest młodsza ode mnie o 3 lata i sama (powtarzam SAMA) postanowiła przejść GSB. Wielki szacunek.

 

Okienko pogodowe i najbardziej klimatyczne schronisko.

Udało się, kolejny poranek okazał się, hmm… no może nie słoneczny, bo to za dużo powiedziane, ale nie padało. Moim celem było oddalone o 20km schronisko Soszów. Właściwie do Mrażnicy szlak był banalnie łatwy, prawie zero podejść, parę zejść. Jedyne co dawało w kość to przebijanie się przez spore błoto, no i odcisk. Po przejściu pierwszych 11km, dotarłem do przełęczy Kubalonka. Jest tam sporo różnych knajpek, ja potrzebowałem tylko piwka, bo wiedziałem, że wkrótce czeka mnie niemiłe podejście. Chwila przerwy i delektowania się złotym napojem i ruszyłem w kierunku Schroniska na Stożku. Początkowo szlak nadal prowadzi bardzo łagodną trasą, po to by od Mrażnicy, stromo ruszyć w górę na szczyt Kiczory, a zaraz później szlak dociera do wspomnianego schroniska. Prawdę mówiąc obawiałem się, że będzie to podejście o wiele cięższe, a jednak wychodziło mi się bardzo dobrze. Nie wiem czy to była kwestia jednego dnia przerwy, czy kwestia lżejszego plecaka, czy może niższej temperatury, ale odcinek spod Baraniej Góry na Stożek pokonałem znacznie szybciej niż przewidywał czas na znakach.

Kościół na Stecówce

Na Stożku zrobiłem sobie przeszło godzinną przerwę, w celu regeneracji sił, a następnie ruszyłem szlakiem w kierunku Soszowa. Zaraz po wyjściu ze schroniska… zgubiłem się, co skutkowało tym, że musiałem trochę podejść pod górę. Niestety kolejny raz słabe oznakowanie szlaku spowodowało, ze wylądowałem w innym miejscu. No trudno. Po stromym zejściu i krótkim podejściu pojawiłem się na szczycie Cieślar, a chwilkę później na Soszowie Wielkim i w schronisku.

Cieślarówka.

Samo schronisko jest prywatne, ale przy tym też bardzo tanie. Nocleg kosztuje 20PLN, porcja gulaszu (przy czym moim zdaniem to taka porcja to jak na dwóch chłopa) 18PLN, śniadanie, składające się z jajecznicy z 3 jaj, herbaty, zimnej deski (ser, szynka, ogórek, pomidor, dżem) oraz 3 ciepłe, chrupiące bułeczki – 10PLN. Schronisko ma 85 lat i ma w sobie niesamowity klimat. Wchodzi człowiek do schroniska i witają go cudowne piosenki zespołu SDM, do tego wystój jadalni i zawsze uśmiechnięta i pomocna obsługa. Z całą pewnością tam kiedyś wrócę.

Znów deszcz i koniec GSB w Beskidzie Śląskim.

Poranek obudził mnie ulewą. Słaba perspektywa, ale max o 10:30, niezależnie od pogody trzeba się ruszyć, by dojść do 17 do Ustronia.
Na szczęście około 10:00 pogoda powoli się uspokajała. Pierwsze 3km prowadzi głównie delikatnie z górki, w pewnym momencie szlak dochodzi do Stacji Turystycznej Światowid i w tym miejscu trzeba uważać, ponieważ nie jest to widoczne dla osób idących od strony Soszowa i można zapędzić się tak jak ja, gdzie najpierw musiałem podejść ostro pod górę, spieprzać przed psami i zejść z tej samej górki, by wrócić do Stacji Turystycznej. Otóż tuż przy stacji Turystycznej, zamiast iśc prosto, trzeba odbić w lewo w ciemny las (przynajmniej w takich warunkach, które miałem, to był ciemny las). Teraz czekało mnie przedostatnie podejście, ale ostatnie tak ciężkie. Podejście na Wielką Czantorię dało mi bardzo w kość, trzeba się nieźle napocić w kilku miejscach, a plecak ciągnie w dół, ale śmiem przypuszczać, że widok z Wielkiej Czantorii jest wspaniały, ale ja widok miałem na góra 50m. Następnie szlak doprowadził mnie do końcowej stacji kolejki krzesełkowej, od tego momentu widoczność zaczęła się poprawiać, a szlak zaczął prowadzić stromo w dół do Ustronia.

USTROŃ!!! Bardzo ważne miasto na trasie GSB, to w tym miejscu zaczyna się (a dla innych kończy) GSB, ale… jeszcze nie teraz. Otóż teraz szlak prowadzi nas spory kawałek asfaltem, po to, by zaraz zaczął prowadzić pod górę, a dokładniej na Równicę. Na dobrą sprawę, można na szczyt dojechać samochodem, wygodną drogą asfaltową. No ale co to to nie ja. Po ok 3,5km podejścia pojawiłem się w Gościńcu Górskim na Równicy, w którym zjadłem przepyszną szarlotkę z lodami. Gościniec posiada również bogatą ofertę piw regionalnych z browaru Cieszyn.

Wisła w Ustroniu.

Chwilę później zacząłem strome zejście i po 4km dotarłem do dworca PKP w Ustroniu. Miejscu, gdzie znajduje się jakże ważne dla wielu oznaczenie czerwona kropka, otoczona białym kółkiem. Co to oznacza i czemu spowodowało to u mnie nagły przypływ energii i radości? To już wie każdy, kto chodzi po górach.

 

Podsumowując, trasa, którą zrobiłem miała długość 108,8km. Trasa wydłużyła mi się o dwa dni, no ale cóż, bywa, z całą pewnością było warto, nawet przed samym sobą udowodnić, że jednak jak człowiek ma jakieś marzenia to przy odrobinie samozaparcia da radę je zrealizować. Już wkrótce na stronie znajdzie się opis przejścia drugiej części GSB, konkretnie chodzi tutaj o 107km odcinek z Rabki do Krynicy (Gorce i Beskid Sądecki) i mogę zdradzić już teraz, że trzymałem na nim o wiele lepsze tempo.

A w tzw. Międzyczasie DO ZOBACZENIA NA SZLAKU

Uwaga!!! Wszelkie opinie i odczucia, które pojawiły się w tym artykule są subiektywne, nie musisz się z nimi zgadzać.

Świat widziany oczami Krzysztofa Staszkiewicza

%d blogerów lubi to: