Tydzień w Bieszczadach

W końcu po dłuższym czasie zmotywowałem się do napisania artykułu. Tym razem padło na Bieszczady, a konkretnie na relację z weekendu majowego w Bieszczadach… Weeeeeeeeeeeeeeekendu, który trwał tydzień.

Tegoroczna majówka w Bieszczadach była 55 odsłoną Rajdu Majowego PTTK przy UEK. Nie miałem zatem długiego dylematu co robić, rzuciłem wszystko i ruszyłem w Bieszczady.
A nasz wyjazd zaczął się 28 kwietnia, gdy wieczorem spotkaliśmy się w Starym Porcie, gdzie zintegrowaliśmy się z pozostałymi uczestnikami rajdu. To znaczy uczestnikami w naszej grupie. Nieco później, to jest już 29 kwietnia, około 2 ruszyliśmy Neobusem do Leska, w którym uzupełniliśmy zapasy alko… prowiantu na najbliższy dzień. Z Leska ruszyliśmy wynajętym busem do Roztok Górnych (685m n.p.m), skąd zaczęliśmy naszą tygodniową wędrówkę.

Dzień 1 – tam gdzie turystów liczy się na palcach jednej ręki.

Właściwie to kierowca podrzucił nas nieco dalej, bo aż do Przełęczy nad Roztokami (801m n.p.m). Było to bardzo pomocne ponieważ niezbyt chciało nam się iść asfaltem pod górę… zwłaszcza, że mieliśmy spore plecaki.
Przełęcz nad Roztoką ma dość bogatą historię. Niegdyś było to strategiczny punkt, przez który przebiegał szlak handlowy na Węgry. Z kolei podczas I i II wojny światowej na przełęczy odbywały się ciężkie walki. W 1941 roku przełęcz wizytował Hans Frank. Do czasu wejścia do strefy Schengen na przełęczy funkcjonowało przejście graniczne pieszo-rowerowe.

Widok z Przełęczy nad Roztoką

Po zjedzeniu pierwszego śniadania ruszyliśmy czerwonym szlakiem w górę. Naszym pierwszym celem był szczyt Okrąglik (1101m n.p.m). Dojście na ten szczyt zajęło nam nieco ponad godzinę. Po dojściu na szczyt, korzystając z ładnych widoków… Chociaż może nie, widoki może nie powalały, ale urok niskich, szybko przemieszczających się chmur, w połączeniu z soczystą zielenią lasów, które były położone nieco niżej, powodował, że nie mogliśmy tego tak po prostu minąć.
Postanowiliśmy zatem zrobić przerwę, podczas której zjedliśmy drugie śniadanie i jednocześnie nieco się zintegrowaliśmy.
Decyzją większości, postanowiliśmy pozostawić plecaki na Okrągliku i ruszyliśmy na krótki spacer na lekko na szczyt Duże Jasło (1140m n.p.m).

Widok z Okrąglika

Po kilku zdjęciach na szczycie i zachwyceniu się niesamowitym spokojem i ciszą, zakłócaną czasami wiatrem, wróciliśmy po nasze plecaki i trzymając się Głównego Szlaku Beskidzkiego zaczęliśmy zejście do wsi Smerek (602m n.p.m). We wsi zjedliśmy obiad i łapiąc stopa (po uprzednim rozdzieleniu na grupy) dojechaliśmy do Kalnicy,  w której mieliśmy zaplanowany nocleg. Zresztą serdecznie polecam Schronisko Młodzieżowe w Kalnicy. Budynek niepozorny, ale warunki naprawdę fajne.
Pierwszy dzień był typowym dniem na rozgrzewkę. Trzeba pamiętać, że po całonocnej podróży człowiek nie zawsze ma siłę i ochotę na coś bardziej męczącego, zresztą sam dość mocno zacząłem odczuwać niewyspanie pod koniec szlaku.
Tymczasem nastał wieczór, podczas którego integracja weszła na wyższy poziom, podczas grania w Czółko, popijania lokalnego specjału najwyższej półki (czyt. Wino Bieszczady) i innych trunków, a następnie śpiewania… skończonego kolędowaniem.

Dzień 2 – Smerek, Chatka Puchatka i gigantyczna ulewa.

Po porannej pobudce, zjedzeniu sytego śniadania w postaci ryby w puszcze i innych smakołyków, spakowaniu plecaków i posprzątaniu pokoju, ruszyliśmy w kierunku najpiękniejszych części Bieszczad. Przez cały dzień towarzyszył nam Główny Szlak Beskidzki.
Na dzień dobry czekało nas mozolne podejście (tzn. generalnie samo podejście nie jest znowu jakieś ciężkie, ale biorąc pod uwagę błoto i plecaki, to wyglądaliśmy jak pociąg towarowy, z tym że każdy z nas był parowozem), podczas którego, na odcinku 4,3km zdobywa się niemal 600m wysokości. A naszym celem był Smerek (1223m n.p.m). Korzystając z pięknej pogody zarządziliśmy nieco dłuższą przerwę na drugie śniadanie oraz podziwianie przepięknych widoków. Oczywiście w tym miejscu spotkaliśmy już dużo więcej ludzi. Zresztą jak się okazało ten tłok będzie nam towarzyszył nam aż do Chatki Puchatka.
Prawdę mówiąc, chyba nikt nie chciał się ruszać ze Smerka, było naprawdę cudownie, ale czas i perspektywa burz, spowodowała, że ruszyliśmy dalej.

Smerek
Widok ze Smerka na Połoninę Wetlińską.

Naszym kolejnym celem była Połonina Wetlińska. Tempo przejścia tego odcinka mieliśmy wybitnie spokojne, pogoda i widoki powodowały, że grupa dość mocno się rozdzieliła, aczkolwiek i tak szczytem wszystkiego była pewna polana… polana, która zatrzymała nas na ponad 30min. Mianowicie to było to miejsce, gdzie grawitacja działa o wiele mocniej, co spowodowało, że wszyscy wylądowaliśmy na glebie z plecakami pod głowami i nie zamierzaliśmy dalej iść. Po prostu było zbyt fajnie w tym miejscu.
Notabene to co robiła pogoda było czymś wyjątkowym, otóż wszędzie w obrębie 50km padał deszcz, my tymczasem mieliśmy słońce, czasami przysłaniane chmurami, aczkolwiek krótki rękawek był zalecany.
A tymczasem w mojej głowie ciągle brzmiały piosenki, w sumie nawet poezja śpiewana na temat Bieszczad. W tym miejscu bardzo pasowały słowa piosenki zespołu Stare Dobre Małżeństwo ,,Zabieszczaduj dzisiaj z nami, niech pokłonią Ci się połoniny”
No ale ile można leżeć? Tak wiem, cały dzień, ale my zmusiliśmy się do dalszej drogi, to znaczy do rozpoczęcia krótkiego podejścia na Połoninę Wetlińską. Podczas podejścia zaczęliśmy dostrzegać pewne, niezbyt dobre symptomy, otóż z południowego zachodu zaczęły dochodzić do nas ciemne chmury, nieco później zaczęło grzmieć, po czym naszym oczom ukazała się ściana deszczu. Na szczęście byliśmy już koło Chatki Puchatka (1215m n.p.m).

Coś się zanosi na deszczyk.

Po przejściu burzy, podczas której ściana deszczu minęła Połoninę Wetlińską o kilkaset metrów, postanowiliśmy ruszyć w dół. Cały czas słuchając pomrukiwań burzy, staraliśmy się zejść jak najszybciej do Brzegów Górnych i wtedy stało się to. Jeden głośny grzmot i oberwanie chmury, któremu towarzyszył grad. Sytuacja była o tyle nieciekawa, że na szlaku była masa błota, a zejście dość strome. Sam zaliczyłem glebę. Do Brzegów Górnych (738m n.p.m) doszliśmy totalnie przemoczeni. Na szczęście nasz przewodnik załatwił już nam transport, jak się okazało później, niemal pod samo schronisko. A naszym schroniskiem tego dnia była Bacówka PTTK pod Małą Rawką. Po zameldowaniu się w bacówce, przystąpiliśmy do suszenia wszystkich rzeczy, które zostały zaatakowane przez wredny deszcz.
Chwilę później siedzieliśmy już w jadalni, w której zjadłem przepyszne pierogi. A jeszcze następną chwilę później w ruch poszły różnego rodzaju trunki. Trzecią chwilę później jedna gitara w ruch. Czwartą chwilę później śpiewniki PTTK i kolejne gitary. Klimat tego miejsca, który panował wieczorem jest nie do opisania. Każdemu polecam.

Widok z Połoniny Wetlińskiej zaraz po burzy.

Dzień 3 – Zmiana planów, a następnie kolejna zmiana planów i nocleg w stodole.

Poranek trzeciego dnia naszego pobytu w Bieszczadach rozpoczął się dyskusją między dwoma głównymi przewodnikami, przewodnikiem dodatkowym (czyli mną, który wylądował na tej trasie, ze względu na odwołanie mojej trasy), uczestnikami rajdu i osobami, którzy byli na Rawkach po opadach deszczu. Problem z naszą trasą polegał na tym, że musieliśmy podejść na Małą Rawkę, a następnie zejść z Wielkiej Rawki, co po całej nocy intensywnego deszczu, w połączeniu z północnym, stromym stokiem, było kiepskim pomysłem.
Podczas tej dyskusji doszliśmy do wniosku, że zmieniamy plan i idziemy na Połoninę Caryńską, a Rawki zaliczymy za dwa dni (jak się później okaże, nie zaliczymy). Jednocześnie postanowiliśmy, że będę zamykał grupę, chociaż to była bardziej moja decyzja, bo nie chciałem zostawić kogoś za nami, zwłaszcza, że znów prognozy były niepewne, a dzień wcześniej mieliśmy pewien incydent.
Tak więc jak postanowiliśmy tak zrobiliśmy i po ogarnięciu się i zjedzeniu śniadania wyszliśmy na szlak. Jeszcze na etapie ogarniania się, pojawił się problem, otóż ta Bacówka ma cudowne koty i jeszcze cudowniejszego psa, który akurat postanowił zasnąć na schodach, skutecznie utrudniając przejście do jadalni. A później zepsuliśmy kota, poprzez ciągłe jego pieszczenie.
No ale jak już udało się ogarnąć to ruszyliśmy w kierunku Przełęczy Wyżniańskiej (856m n.p.m). Pogoda była cudowna, chociaż nawet na południowym stoku było bardzo ślisko. W połowie podejścia zatrzymaliśmy się na krótką przerwę, której celem było opalanie i podziwianie Rawek.


Gdy zmusiliśmy się do dalszej drogi, zaczęło się ostatnie, bardzo strome podejście, no i nie ukrywam, że było wesoło na nim. Jednocześnie postanowiliśmy, że osoby, które są w stanie szybko iść, to idą z jednym przewodnikiem, ja zostanę z tyłu, tak by słabsze osoby nie zostały same. Godzinę później, gdy moja część ekipy była już prawie na samej górze, znów w nasze uszy wpadł znajomy dźwięk, dźwięk burzy, tym razem ściana deszczu szła od północy.
Ponieważ w swojej grupie miałem jedną osobę, która nie najlepiej się czuła oraz drugą, która z kolei miała serdecznie dość chodzenia w ulewie po górach, postanowiłem zrobić odwrót. Próbując się nie zabić na błocie, który był w lesie, zeszliśmy z powrotem na Przełęcz i już mieliśmy łapać stopa, gdy naszym oczom ukazał się… kierowca busa, który dzień wcześniej podrzucił nas pod bacówkę.
Tym razem za niewielką opłatę podrzucił nas do Ustrzyk Górnych (658m n.p.m), w których mieliśmy mieć nocleg.
Ponieważ część grupy nadal była w górach, postanowiliśmy iść coś zjeść. Tym razem padło na ,,Bieszczadzką Legendę”. Powiem tak, może i tanio nie jest, ale jedzenie było przepyszne, a i porcja sroga.
Gdy reszta grupy do nas doszła oraz zjadła obiad, poszliśmy do sklepu, po wiadome wyposażenie, a następnie udaliśmy się do miejsca noclegowego. A miejscem tym była… Stodoła. Tak w Bieszczadach funkcjonują tego typu noclegi. Nocleg w takim miejscu jest śmiesznie tani i nie każdemu podejdą warunki. Sam fakt, że stodoła nie jest ogrzewana, za toaletę robi wychodek, śpi się na glebie itd., może co niektórych odstraszyć, ale nie nas! My PTTK-owicze uwielbiamy coś takiego, zwłaszcza większą grupą i gdy dochodzi gitara, a wieczorem ognisko i kiełbaski. I te warunki zostały spełnione, bo w stodole spotkaliśmy się z dwoma grupami rajdowymi, gitara jak najbardziej była… Tylko ogniska nie udało się rozpalić.
Niestety w tym miejscu jeden z uczestników opuścił nas, ze względu na chorobę.

Dzień 4

Dzień czwarty rozpoczął się od tego, że… musieliśmy rozgrzać się po zimnej nocy, a następnie udaliśmy się do kolejnego miejsca noclegowego.

Dzień 5 zmiana planów

No dobra na tym dzień się nie skończył. Naszym kolejnym miejscem noclegowym był nocleg w Domu Rekolekcyjnym. Był to najgorszy nocleg ze wszystkich noclegów, które miałem okazję zaliczyć podczas wszystkich swoich rajdów. A było tego dużo. Ale o tym później.
W Domu Rekolekcyjnym zostawiliśmy plecaki i ruszyliśmy Głównym Szlakiem Beskidzkim na Tarnicę, czyli najwyższy szczyt w polskich Bieszczadach. Ten dzień był pewny, będzie ładna pogoda i mocny wiatr na szczycie, ale to nie przeszkadza.
Idąc spokojnym tempem, wśród pielgrzymek turystów, ruszyliśmy pod górę. Początek podejścia, a w zasadzie większość podejścia robi się lasem i nie ukrywam, że dwa lata temu, wydawało się ono dużo bardziej strome.
Tego dnia również trzymałem się końca grupy, nie chciałem zostawić samych dziewczyn, w tym jednej, która była już prawie chora.
W pobliżu końca lasu, pojawiła się wiata, przy której postanowiliśmy się zatrzymać i zjeść drugie śniadanie, po czym ruszyliśmy dalej, powoli wychodząc z lasu, jeszcze jedno stromsze podejście i nagle naszym oczom ukazał się cudowny widok, a następnie w nasze ciała uderzył silny wiatr. Znów przerwa, wiać może i wieje, ale zdjęcia muszą być, a poza tym oczy też muszą się nacieszyć widokiem na tą wspaniałą krainę, jaką są Bieszczady.
Ruszamy dalej, według planu czekały nas trzy, cztery godziny ponad granicą lasu. Uśmiech sam pojawiał się na twarzy, a w głowie  znów pojawiały się piosenki zespołu Stare Dobre Małżeństwo.
A przed nami pojawił się jeden z dwóch pośrednich szczytów, które zalicza się idąc z Ustrzyk Górnych na Tarnicę. Szczytem tym był Szeroki Wierch (1256m n.p.m). Nie zatrzymywaliśmy się na nim, postanowiliśmy cisnąć do przodu, zwłaszcza, że przód grupy nam nieco odskoczył. Chwilę później byliśmy na Tarniczce (około 1315m n.p.m) i naszym oczom ukazała się… pokaźna kolejka na Tarnicę. Jak się później okazało, kolejka ta szła dość szybko i niebawem pojawiliśmy się na Tarnicy (1346m n.p.m).

Piękne okolice Tarnicy i pielgrzymki turystów.

W tym miejscu złapaliśmy resztę grupy, zrobiliśmy zdjęcie grupowe i chwilę przerwy. Było to też miejsce,  w którym postanowiłem, że sprowadzam dwie osoby krótszą trasą, czyli szlakiem niebieskim do Wołosatego, ze względu na to, że możemy się nie odrobić przed zmrokiem, a jedna osoba faktycznie zaczynała się czuć coraz gorzej.
Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy, zaczęliśmy schodzić niebieskim szlakiem i… znów złapał nas deszcz, na szczęście nie trwał długo. Na szczęście, ponieważ tym szlakiem faktycznie szło się jak na pielgrzymce, jeden za drugim, spowolnienie przed każdym, nieco bardziej śliskim zejściem.
Gdy już dotarliśmy do Wołosatego (737m n.p.m), postanowiliśmy wynagrodzić sobie dzisiejszą wycieczkę, pyszną pizzą, którą można zjeść w knajpie przy parkingu.
W pizzerii posiedzieliśmy chwilę, panowała tam przyjemna atmosfera, ponadto próbowaliśmy skontaktować się z resztą grupy (co było utrudnione, ze względu na słaby zasięg). W końcu postanowiliśmy iść bez nich. Aczkolwiek wizja spaceru, który liczyłby siedem kilometrów, niezbyt nam pasowała, więc zacząłem łapać stopa. Trzeba było widzieć nasze miny, gdy na stopa zatrzymał się… Strażnik Bieszczadzkiego Parku Narodowego, jadący w samochodzie służbowym, w pełnym umundurowaniu. Kierowca był przemiły i podrzucił nas bezpośrednio pod miejsce noclegowe.
No i tutaj zaczęły się cyrki, okazało się, że mamy miejsce w świetlicy, ale nie w świetlicy, w której zostawiliśmy plecaki, tylko w nieogrzewanej świetlicy w piwnicy, mało tego, to było miejsce, gdzie trwała przebudowa. Niestety interwencja u proboszcza oraz argument, że mamy dziewczynę z gorączką i żeby chociaż ją ulokować w cieple nic nie dał… dał tyle, że księża się uśmiali. I tak łaskę nam zrobili, że żarówki nam dali do świetlicy, bo wcześniej ich tam nie było.

Dzień 5 – (Nie)idziemy na Rawki

Poranek zaczął się od smutnej informacji. Kolejny uczestnik, ze względu na chorobę opuszcza naszą trasę.
Pierwotny plan dnia piątego zakładał, że idziemy na Połoninę Caryńską, kolejny plan zakładał, że idziemy na Rawki, ostatecznie to też nie wyszło ze względu na ryzyko gwałtownych burz.
Postanowiliśmy zatem, że szybko się pakujemy i łapiemy busa na Przełęcz Przysłup. Tam z kolei czekała na nas ,,Plan C”, otóż z tego miejsca do miejscowości Majdan kursuje słynna Bieszczadzka Kolejka Leśna. Po krótkich negocjacjach z konduktorem (skład pociągu miał już ponad 100% obłożenia) udało się kupić bilety i ruszyliśmy w podróż w półotwartych wagonach.
Historia tej trasy sięga czasów przed I wojną światową. Celem budowy kolei w Bieszczadach był transport drewna z lasu. Budowa była bardzo ciężka ze względu na ukształtowanie terenu. W budowie pomagali inżynierowie z Włoch. Podczas obu wojen kolej ta ulegała częściowemu zniszczeniu.
Na szczęście kolejka została szybko odbudowana, w Bieszczadach powstawały całe kombinaty drzewne, więc zapotrzebowanie było olbrzymie. W latach 80-tych ubiegłego wieku, kombinaty te przestały funkcjonować, wraz z nimi kolejka, a infrastrukturą zajęła się natura. Dopiero w 1997 roku powstała Fundacja Bieszczadzkiej Kolejki Leśnej, dzięki której przywrócono funkcjonowanie kolejki.
Trasa, jak to typowa trasa górska, pełna jest zakrętów, prowadzi lasami, tuż nad rzekami i w końcu dojeżdża do Majdanu.
Z Majdanu postanowiliśmy cofnąć się torami do Cisnej, gdzie postanowiliśmy usiąść sobie ze złotym trunkiem nad rzeką. Około godzinę później złapała nas… a jak burza. A my złapaliśmy busa do Wetliny, w której spędziliśmy najbliższą noc, wraz z jeszcze jedną trasą
Wieczorem poszliśmy do knajpy Ranczo, gdzie zjedliśmy przepyszną obiadokolację. Fakt, ceny są wysokie, ale jedzenie tak gigantyczne, że ciężko zmieścić. Warto pamiętać, że w tym miejscu trzeba czekać w kolejce na stolik, ale naprawdę warto.

Dzień 6 – Finał

Na ten dzień mieliśmy w planach krótki spacer po górach, niestety pogoda, czyli ciągły deszcz skutecznie ten plan zmienił.
Koło południa przyjechał po nas luksusowy autokar, zwany dalej UEK-busem, którym ruszyliśmy do Zwierzynia, w którym odbył się finał naszego rajdu. Więcej grzechów nie pamiętam.

Dzień 7 – Czas powrotu

No i nastał ten smutny dzień, dzień powrotu do Krakowa. Podróż UEK-busem umilała gitara, padający deszcz, wino Bieszczady oraz wykwintna restauracja, zwana dalej McDonald’s… No bo co? To że jesteśmy studentami, nie znaczy, że wycieczki studenckie mogą odbyć się bez wizyty w McDonald’s.

Dziękuję za przeczytanie artykułu, zapraszam do innych artykułów związanych z Rajdami Majowymi.
1. Majówka w Górach Sowich i Stołowych -> Link
2. Majówka w Karkonoszach -> Link
Zapraszam również na mój profil na Facebook-u
Jeżeli zauważyłeś/łaś jakieś błędy w tekście, daj znać.
Konstruktywna krytyka mile widziana

Do zobaczenia na szlaku!

Świat widziany oczami Krzysztofa Staszkiewicza

%d blogerów lubi to: