Jesiennie po Beskidzie Sądeckim

Końcówka października, zgodnie z wieloletnią tradycją, to ten czas, czas gdy koło PTTK przy UEK organizuje Rajd Pierwszego Roku. Dla mnie to już trzeci Rajd Pierwszego Roku, w którym biorę udział, przy czym tym razem nie jako zwykły uczestnik, a przewodnik grupy. Zapraszam do przeczytania artykułu o tym, jak ten Rajd wyglądał z perspektywy przewodnika.

Był to Rajd Majowy, o którym zresztą już pisałem, rajd na którym okazało się, że moja kondycja szybuje pionowo w górę, przynajmniej jeżeli chodzi o chodzenie po górach. Zaraz po tym Rajdzie uprzejmie doniosłem do zarządu PTTK, że jestem chętny do prowadzenia trasy na Rajdzie Pierwszego Roku. Niedługo później zgłosiła się do mnie druga przewodniczka – Ania. No i tak to się zaczęło.
Jakiś miesiąc przed Rajdem dostaliśmy szczegółowe informacje w jakie góry jedziemy i gdzie mamy finał rajdu. A był to Beskid Sądecki i Schronisko PTTK na Jaworzynie Krynickiej. Szybkie sprawdzenie map, dojazdów, czasów przejść i trasa została ustalona. Zgodnie z planem pierwszy dzień zakładał przejście z Muszyny przez Bacówkę nad Wierchomlą na Jaworzynę Krynicką (prawie wyszło tak jak miało być), a drugi dzień zakładał przejście z Jaworzyny do Rytra (przez GSB, co całkowicie nie wyszło).
Niecałe dwa tygodnie przed Rajdem wystartowały zapisy i… lista szybko się zapełniła. Wraz z dwoma dodatkowymi uczestnikami oraz ze mną i Anią, grupa liczyła 21 osób. W tym parę pierwszaków.

,,Szukajcie grubaska, z kartką, z napisem ,,PTTK – trasa 1”

Ja serio nie wiem co mi się w głowie zepsuło, że ustaliłem zbiórkę o 5:30 rano, no ale coś za coś, albo jest się wcześnie na szlaku i można sobie iść spacerem, albo później jest bieg, by zdążyć do schroniska przed 18:00.

Na dworcu, prócz mojej grupy, zbierały się jeszcze dwie inne, w związku z czym, w przypływie marnej kreatywności, stwierdziłem, że najlepiej będzie, jeśli uczestnicy będą wiedzieli kogo szukać. W mailu zaznaczyliśmy jak i gdzie nas uczestnicy znajdą. Na szczęście cała grupa była punktualnie, w związku z czym, zaraz po sprawdzeniu obecności oraz po rozdaniu biletu, ruszyliśmy na peron, na którym czekał na nas już pociąg, a w nim jeszcze dwie wspomniane grupy. To będzie wesoła podróż. Tuż przed odjazdem rozdaliśmy uczestnikom, prześliczne, różowe koszulki rajdowe, które na przodzie miały wizerunek jednorożca. 31min później połowa grupy spała, a pod Tarnowem ścięło i mnie, a przynajmniej do momentu, gdy usłyszałem gitarę. Od tej pory podróży towarzyszyły turystyczne piosenki. No może nie do końca, ale przez dość długi czas. Po 4,5h podróży dojechaliśmy do Muszyny.

Biedronka, deszcz, skrócenie trasy, Jaworzyna Krynicka

Tuż po dojeździe do Muszyny, zgodnie z tradycją każdej słusznej wycieczki, skierowaliśmy nasze kroki do McDonalda na pożywne śniadanie  Biedronki po niezbędny prowiant suchy, mokry i akcyzowy. Po zasileniu biedronkowych kas (oraz budżetu państwa), ruszyliśmy ścieżką spacerową do miejscowości Szczawnik,  w którym to mieliśmy wejść na właściwy szlak i czego nie zrobiliśmy. I nie, bynajmniej to nie była kwestia zgubienia się, tylko ulewy, która nas w tej miejscowości złapała. Po krótkiej dyskusji, jednogłośnie stwierdziliśmy ,,skoro się da to skracamy” i zamiast pójść za żółtym szlakiem, poszliśmy prosto przed siebie, na przyjemny szlak, który służy za dojazd do schroniska (chyba).
Chwilę później doszliśmy do momentu, w którym asfalt zmienia się w wygodny, ubity szlak. W tym miejscu ogłosiliśmy przerwę oraz zgodnie z tradycją, w celu integracji grupowej, zagraliśmy w ,,Wirującego Wiktora”. Kto jeździ z PTTK to wie o czym piszę, a kto nie wie.. Cóż tajemnica służbowa, musi pojechać na rajd, by się dowiedzieć.

W tej części Beskidów, to zwierzęta, to już są wręcz na deptaku.

No dobra, Wirujący Wiktor, śniadanko, przerwa, kibelek itd., ale czas leci, w związku z czym ruszyliśmy na szlak. Przed nami jakieś 6,5km z olbrzymim przewyższeniem wynoszącym 350m… Nie no, żartuje. Szlak był okrutnie przyjemny, trochę tylko brakowało tego słońca, które było jeszcze kilka dni wcześniej. No, ale niezbyt fajną pogodę wynagradzała wspaniała atmosfera w grupie, dużo śmiechu, parę przerw i dużo zdjęć.

Eksplozja jesiennych kolorów w Beskidzie Sądeckim.

Dwie i pół godziny później, doszliśmy do naszego jedynego pośredniego celu tego dnia, a była to Bacówka PTTK nad Wierchomlą. Ponieważ całkiem dobrze staliśmy z czasem, postanowiłem, że robimy długą przerwę, tak by sobie zjeść, napoić się i odpocząć. Wstępnie planowaliśmy spędzić w Bacówce godzinę, no ale plan, planem, ale w międzyczasie doszła kolejna grupa, z którą postanowiliśmy, że od tego momentu pójdziemy razem. Ten plan też nie wyszedł, bo ile można siedzieć w miejscu. W końcu po 1,5h przerwy, pozostawiliśmy tamtą grupę w Bacówce, a sami ruszyliśmy w kierunku szczytu Runek. Szczyt ten jest oddalony około dwa kilometry od Bacówki, więc przejście tego odcinka nie zajęło nam zbyt wiele czasu, po niecałych 45min, spotkaliśmy się z Głównym Szlakiem Beskidzkim i zaraz później pożegnaliśmy się z niebieskim szlakiem, który towarzyszył nam od Bacówki.

Jesienny szlak prowadzący z Bacówki nad Wierchomlą na Runek.

Od teraz, szlak prowadził w dół, później w górę i w dół i w górę… normalnie jak na jakiś falach na wzburzonym morzu. Przed ostatnim podejściem wykonałem jeszcze telefon do schroniska, że mogą nam szykować pierogi. Dwadzieścia minut później, pojawiliśmy się u progów schroniska. Jak się okazało, byliśmy pierwsi.

A wieczorem to było tak…

Zaraz po zgłoszeniu się w schronisku, rozdzieliliśmy pokoje i ruszyliśmy na obiad, który składał się z… nienajlepszych pierogów, a o tym jak mała była porcja to nie wspomnę. No cóż po dojedzeniu zupką chińską, można powiedzieć, że byłem dopuszczająco nasycony. Dzięki temu, że byliśmy pierwszą grupą w schronisku, obiadokolacja przebiegła sprawnie i mogliśmy się szybko ogarnąć, przed wieczornym śpiewograniopiciem i innymi zabawami integracyjnymi.

,,I porąbany dzień i porąbany łeb”

Wybaczcie nie będę pisał o poranku, więc zacznę od około godziny 9:00, gdy mieliśmy wyjść na szlak. Tuż przed wyjściem, połowa grupy zgłosiła się do mnie z prośbą, że chcieliby zejść do Krynicy-Zdrój. Po krótkiej rozmowie z Anią, ogłosiłem co następuje. Ania idzie do Piwnicznej, ja do Krynicy… A właśnie, a co się stało ze wspomnianym Rytrem.
Cóż poprzedniego dnia, gdy zaczęło padać i w niektórych miejscach zrobiło się błoto, stwierdziłem, że to nie ma sensu. Tuż przed Rytrem jest dość strome zejście i zejście tą trasą byłoby co najmniej nie wygodne, albo nawet trochę ryzykowne.

Pożegnałem Anię i jej część grupy, a ja ze swoją połówką posiedziałem jeszcze nieco w schronisku, po czym ruszyliśmy w dół, początkowo trzymaliśmy się szlaku, później zarządziłem zejście stokiem narciarskim. Szkoda, że śniegu nie było, można by było zjechać na tyłkach 😀

Widok ze stoku narciarskiego.

Zejście nie zajęło nam zbyt wiele czasu i już po chwili byliśmy przy dolnej stacji kolejki gondolowej, skąd już kilkadziesiąt minut dzieliło nas od Krynicy. W Krynicy na dzień dobry, pożegnaliśmy jedną z uczestniczek, która czekała na busa do Nowego Sącza, a z pozostałymi poszliśmy coś wszamać. Plan był taki, ze idziemy do wykwintnej restauracji, w której zjemy prawdziwą włoską pizzę, ale ostatecznie skończyliśmy, w przydrożnym barze, do którego nie miałem przekonania. Aczkolwiek nie mam im nic do zarzucenia, porcja odpowiednia, jedzenie smaczne, cena niska. Po obiadku reszta grupy wsiadła do autokaru do Krakowa… no dobra, prócz dwóch dziewczyn, które postanowiły poczekać ze mną na pociąg. W międzyczasie na chwilę zatrzymaliśmy się w galerii, później poszliśmy do kościoła, a na koniec na dworzec kolejowy, gdzie czekał już na nas Orient Express, zwany dalej składem PolRegio, które z zawrotną prędkością (traktora) zawiozło nas do Krakowa. Po drodze, w Piwnicznej-Zdrój wsiadła druga połowa grupy. Od tej pory pociąg przyspieszył.
Zgodnie z planem w Krakowie pojawiliśmy się z 20min opóźnieniem, koło 22:00.

W tym miejscu, chciałbym serdecznie podziękować grupie numer 1, zwanej dalej ,,Grupą mistrzów”, która sprawiła, że nasz wspólny rajd i wspólnie spędzony weekend był naprawdę udany i mam nadzieję, że jeszcze nie raz pojedziemy razem w góry.

Idźże w góry człowieku!!!

Jeżeli chcesz skorzystać z mojej trasy to poniżej podaję dokładne informacje:

Dojazd:

Pociąg PolRegio (pociąg osobowy), odjazd w sobotę rano o 5:47 z Krakowa Głównego. Pociąg jedzie do Krynicy, my po 4,5h jazdy wysiadamy w Muszynie lub Muszynie-Zdrój

Szlaki:

ŻółtyMuszyna – Szczawnik (ew. można łapać stopa, albo busa)
CzerwonySzczawnik – Bacówka Nad Wierchomlą
NiebieskiBacówka nad Wierchomlą – Runek
Czerwony (GSB) – Runek – Pod Jaworzyną Krynicką
Zielony – Pod Jaworzyną – Schronisko PTTK Jaworzyna Krynicka
ZielonySchronisko PTTK Jaworzyna Krynicka – Diabelski Kamień
Mniej więcej od tego momentu, trzymaliśmy się stoku, a następnie szliśmy chodnikiem, wzdłuż drogi do Krynicy, ale jeśli ktoś ma ochotę może od tego momentu trzymać się szlaku Czerwonego (GSB) i iść nim do Krynicy.

Powrót:

Autokary Szwagropol jeżdżą dosyć często do Krakowa, a w moim przypadku pociąg PolRegio odjeżdżał o 17:04. Podróż do Krakowa trwa blisko 5h.

Do zobaczenia na szlaku!!!

Świat widziany oczami Krzysztofa Staszkiewicza

%d blogerów lubi to: